Come on, hit me. Hit me, hit me!

Dałam się rozbić na kawałki. Pozwoliłam się rozsypać, by za chwilę złożyć z powrotem, w doskonalszej formie, od podstaw, bo na podstawach pracuje się najlepiej. Zaczęło się od tego, że ktoś mnie uderzył. Od tego, że zabolało. Zabolało tak mocno jak nie bolało dawno. Tak, że w pierwszym odruchu uniosłam pięść, by się oddać cios. W drugim wycelowałam w siebie samą.

Lubię wierzyć w swoją dojrzałość, ale nigdy nie zniżałam się do kłamstwa, że można na mnie w pełni polegać. Ostrzegałam, że nie ma co pokładać we mnie zbyt dużych nadziei, bo wiem jak bardzo jestem roztargniona, na ilu poziomach potrafię zepsuć cały plan. Ostrzegałam, żeby nie było, żeby być fair. Zawsze sądziłam jednak, że potrafię być odpowiedzialna za to, co mówię, co robię bądź czego nie robię. Że potrafię przyjąć z pokorą efekty swoich licznych zaniedbań, nie winiąc za to ludzi, świata, bogu ducha winnego przypadku. Myślałam. No właśnie. Źle myślałam. Na szczęście w porę dostałam w pysk.

Regularnie bywam sobą rozczarowana. Regularnie przyłapuję się na myśli, że robię coś nie tak. W moim życiu jest bardzo dużo seriali i bardzo mało nauki, która na obecną chwilę powinna stanowić dla mnie priorytet. Nie stanowi i być może nigdy nie znacznie, jednak wbrew temu co chcę wmawiać sobie i innym, to nie do końca tak, że nie zależy mi na wynikach. Chcę pokierować ścieżkę swojego rozwoju w kierunku, którym będzie mi przyjemnie iść. Chcę czerpać satysfakcję, czuć jak duże są moje możliwości. Z tym, że zbyt często próbuję szukać sukcesu we wrodzonym intelekcje lub dobroci losu. Bez pracy, bez wysiłku, bez utraty czasu. Wypatruję efektów licząc, że przywędrują same. Nadal ich nie ma.

Bardzo wygodnie powiedzieć sobie, że nie jest się do czegoś stworzonym. Że się nie potrafi, że zmiana na lepsze nie ma szansy zaistnieć. Że świat nie sprzyja, że pogoda brzydka, że dwie lewe nogi, lewe ręce, lewe półkule mózgu. Brak szarych komórek w odpowiednim miejscu, brak cierpliwości, słaby charakter, brak talentu, nieodpowiednia osobowość. Cokolwiek. Cokolwiek, co tylko pozwoli z niemal czystym sumieniem uciec od poczucia obowiązku. To ma sens. Jeśli się próbowało. Jeśli podniosło się z kanapy i popełzło ku swoim marzeniom, ale nic z tego nie wyszło. Ja nadal leżę, bo przyjemniej się żalić.

Niniejszym przyznaję się sama przed sobą, jakkolwiek nie ucierpiałoby na tym moje napuchnięte ego, że wszystko, co usłyszałam o sobie, co tak bardzo chciałam zrównać z kłamstwem i przesadą, to prawda. Nie staram się. Nie chce mi się. Dużo olewam, dużo ignoruję w nadziei, że jakoś będzie, nawet jeśli kolejny raz przekonuję się, że to nie prawda. Szukam kolejnych wymówek, upatruję winy we własnych słabościach charakteru i kłamię sobie w oczy, że nie potrafię z nimi walczyć. Nie wiem czy potrafię. Bo nigdy nie próbowałam. Rozpowiadam sama sobie bajki na własny temat. Powtarzałam, ze nie jestem w stanie wziąć się za siebie, zacisnąć zęby i zrobić więcej niż pozwala na to moja strefa komfortu. W końcu w to uwierzyłam. Uwierzyłam do tego stopnia, że w pewnym momencie wzięłam się za ofiarę swojej kapryśnej natury, kogoś innego, kto nie musi pracować, bo nie jest do tego stworzony. Uznałam się za poszkodowaną, nie do końca bez racji, bo faktycznie nią byłam, z tym, ze sama sobie winna.  Zaczęłam się użalać, martwić o swoją przyszłość, przeklinać się za to jaka jestem, podczas gdy mogłabym być inna. Byłam wściekła i poturbowana, kiedy powiedziano mi jak bardzo jestem żałosna z tym wszystkim. Dawno nie czułam, bym potrzebowała czegoś równie mocno.

Nie obiecuję, że wezmę się do roboty. Nie wiem co z tego wyjdzie, być może nic, a nauczyłam się, że składanie obietnic pod wpływem chwili tylko po to, by zbudować sobie trzecie oko, które będzie śledzić każdy mój ruch i w odpowiednim momencie wzbudzać wyrzuty sumienia nie działa. Być może nic się nie zmieni. Jednak wiem, że kiedy pewna myśl już do mnie dotrze , potrzebuję czegoś, co mi o niej przypomni. Chcę, by ten wpis był moim znakiem, który będzie pojawiać się w głowie, ilekroć spróbuję czymś tłumaczyć swoje lenistwo. Ilekroć będę oszukiwać samą siebie, że nie jestem w stanie czegoś zrobić, zanim choć skieruję stopy w kierunku, w którym mam iść.

Bolało. Prawie zachciało mi się płakać, prawie nienawidzić. Jednak kiedy to minęło, zauważyłam, że siła ciosu otworzyła mi dodatkowe drzwi. Drzwi, przez które mogę przejść. Poskładałam się do kupy i poczułam mądrzejsza. Kiedy napisałam o sobie wszystko, czego słuchać nie chciałam, poczułam się lekko, poczułam że zaczynam zwyciężać. Zbliżyłam się do szczerości wobec samej siebie. Naiwne? Może. Czasami trzeba.

Reklamy

Dotykając dna

Palce wbite w betonową krawędź. Ciało szarpane przez drgawki, jakby coś chciało wyrwać się z niego i uciec jak najdalej. Przychodzi mi na myśl, że pusta powłoka powinna bez trudu dryfować na wodzie. Wiem, że muszę ruszyć. Na tym to polega. Nie da się płynąć tkwiąc w miejscu. Choć w głowie mam wiele lęków, niewiele jest w stanie dobrać mi się do skóry tak jak trzy metry wgłąb basenu rozciągające się po mojej lewej stronie. Powtarzam sobie, że jestem niezniszczalna, że dam radę, tym razem na pewno. Uno, dos, tre…!

– Może panience wody z czajnika ciepłej dolać, żeby nie zmarzła jak się nie rusza, co nie, chłopaki? – Haha. Tak tu u nas wesoło.

Niech się panowie tak głośno nie śmieją, bo się jeszcze zapowietrzą. Już panom brzuchy przyzwoicie wydęło, chyba, że niekoniecznie do nadmiaru tlenu. Zmarszczek się panowie nowych dorobią, być może zginą w tłumie, ale lepiej mniej niż więcej, bo jeszcze przyjdą kompleksy, a na botoks i naciąganie z ratowniczej pensji może braknąć. Utopi się ktoś gdzieś na drugim końcu, bo panowie tu ha ha w najlepsze, ale jednak robota robotą i trzeba mieć oczy dookoła głowy niezależnie jak przyjemne byłoby dowalić komuś przy porannym espresso.

Próbuję wyglądać bohatersko. Tak po prostu, bo silnie ugruntowana duma każe trzymać przy sobie resztki godności, nie oddać jej klubowi rozrywkowiczów. Dopóki  wojna toczy się jeszcze na polu psychicznym, przybieram waleczny wyraz twarzy. żeby było, że wcale nie chcę się poddać i że to nie tak że nic nie robię, nic się nie staram. Że nie świerzbią mnie ręce, żeby wyjść i jednego z drugim ściągnąć do poziomu podłogi. Ściągnęłabym może gdyby już ich tam nie było.

Zastanawiam się, czy to kwestia niedojrzałości. Czy to o czterdziestu latach dzieciństwa mężczyzny to faktycznie prawda. Czy ta biedna gromadka starszych panów po prostu jeszcze nie wyrosła z momentu, kiedy najzabawniejszą rzeczą na świecie było zakpić z kogoś w towarzystwie swoich groupies (ewentualnie powiedzieć penis), czy po prostu kiedyś przypadkiem lodówka przygniotła im jądra i od tego czasu cała klasa i kultura osobista poszła w diabły.

Samą siebie chwalę za cierpliwość do cudzych docinków. Za to, że choćby gryzły to jednak nie tyle, żeby zagryźć. Mnie. Moje poczucie wartości. Za to, że im dłużej i solidniej daje mi się po głowie, tym bardziej twardnieje mój psychiczny pancerz ochronny, a poczucie frustracji i zażenowania przelewa się w wyzwanie, próbę, jak wiele jeszcze dam radę wysłuchać nim poczuję się gorsza i wreszcie satysfakcję, że na tym gruncie udało mi się zwyciężyć. I wtedy patrzę na drugi koniec i widzę ją. Dziewczynę, która przychodzi w te same dni, ale nie pływa, tylko próbuje przeczekać aż zajęcia się skończą. W momencie uświadamiam sobie, ze zaczynam rozumieć, dlaczego nawet nie próbuje próbować.

Upokorzenie motywuje. Upokorzenie wyzwala wściekłość. Nie ma silniejszego środka energetyzującego niż furia w czystej postaci. Wyłączasz myślenie i dzięki temu jesteś w stanie dokonywać niemożliwego, by wyładować frustrację na czymkolwiek co zdoła to przeżyć. Na tafli wody, na własnym ciele. By wbić sobie i wszystkim innym do głowy, że znaczy się więcej. Z drugiej jednak strony, niezależnie jaka ilość adrenaliny powstaje po wbijaniu noża w plecy, nie chcę wierzyć, że to najlepsze rozwiązanie.

Mogłabym powiedzieć, że chodzi o kompleksy, ale nigdy taka forma szczególnie do mnie nie trafiała. Wolałam mówić o głupocie, o złośliwości, o braku empatii. Braku szacunku. Dla cudzej pracy, nawet jeśli efekty są marne, wysiłek zostaje wysiłkiem. Strach to najsilniejszy czynnik determinujący, który potrafi jednocześnie kopnąć się w tyłek i związać ręce, zaś jego pokonanie stanowi jedną z największych barier, przed jakimi może zostać postawiony człowiek. Uważam więc, choć rzadko wygłaszam konkretne zdanie, nie pozostawiwszy miejsca na refleksję lub ciąg dalszy własny, że śmianie się z cudzych niepowodzeń lub lęków jest najbardziej żałosną formą krytyki i jednocześnie czymś bardzo okrutnym. Nie każdy bowiem potrafi spojrzeć na porażki od strony wyzwania, nie każdy potrafi zacisnąć zęby tylko po to, by pokazać, że nie pęka. Niektórym kilka nieprzemyślanych słów może na stałe odciąć skrzydła.

Śmieje się dalej sześć starych dziadów. Tacy kawalarze, choć jeszcze ósmej nie ma. Trzy metry. W sumie niewiele. A nawet jeśli coś pójdzie nie tak, nie ja będę tu najbliżej dna.

Co dostałam od rodziców?

Moi rodzice zawsze byli bogaci. Nic dziwnego, że mnie – jednemu z dwojga ulubionych dzieci Mariusza i Moniki spłynęło niemało dobra. Przy samych narodzinach dostałam sporo rzeczy doskonałej jakości, o wartości tak wielkiej, że nie oddałabym ich za żadną cenę wiedząc, że żadna nie mogłaby być wystarczająco wysoka, a gdyby była, oznaczałoby to, że osoba, z którą robię interesy nie gra fair. Dziś przychodzę, żeby pomigotać wam przed oczami swoim skarbem, którego olbrzymią wartość doceniam dopiero teraz. Bierzcie i pijcie.

Dostałam swoje miejsce z boku świata. Bo tak siebie widzę. Tak lubię siebie widzieć, że gdzieś tam stoję poza tym wszystkim i patrzę, i się zastanawiam. Lubię myśleć o sobie jak o takiej z filmu, takiej co siedzi na ławce, a życie przetacza się przed nią w przyspieszonym tempie. I choć naprawdę, naprawdę czuję, że tutaj pasuję, miewam wrażenie, że jednocześnie biegnę gdzieś obok, że ziemia kryje specjalne ścieżki dla ludzi takich jak ja, gdzie czas płynie wolniej, gdzie dzieje się inaczej, skąd wszystkich obserwuję, jakby to wszystko mnie nie dotyczyło. A dotyczy przecież.

Dostałam pokrętnie pojętą wrażliwość. To znaczy, że nie zobaczysz mnie jak płaczę z żalu. Jak płaczę ze wzruszenia. Nie uda ci się dostrzec, że coś mnie rusza. Bo nie rusza. Mogłabym udawać, ale aktorką ze mnie żadna. Zarzucano mi już serce z kamienia i zbyt duże skupienie na czubku własnego nosa, ale ja od lat tej wrażliwości w sobie szukam. I znajduję, choć nie potrafię pojąć. Ale dobrze mi z myślą, że jednak gdzieś jest.

Dostałam przestarzały system wartości. Przestarzały? Anty, on się nigdy nie sprawdzał. Nigdy nie sprawdzała się obojętność w stosunku do pieniędzy, do jakości, ilości i wyglądu posiadanych przedmiotów. Nigdy nie sprawdzał się lekceważący stosunek do własnego wizerunku, do cieni pod oczami, do potarganych włosów, do akceptacji znajomych, tego co powiedzą i pomyślą sąsiedzi. Z tego nie ma hajsu, tego się nie klika. Klika się gruby tyłek na onecie i buty za pół tysiąca. Za wierzchołek mojej piramidy priorytetów nie płaci się dużo.

Dostałam przywiązanie do uczciwości, do bycia w porządku. Zbyt duże, by nie robiło mi to kłopotów, nie budziło powszechnego zażenowania, nie psuło innym zabawy. Pod tym, jednym, jedynym względem chcę być sztywna i nudna. Chcę być po prostu fair.

Dostałam duże mniemanie o sobie i konkretną pozycję w społeczeństwie. Myśl, że jestem inteligentna, ładna, utalentowana i mimo wszystko dobra dla ludzi. Do tego mocny żołądek, żeby nie mdliło mnie, gdy mówię o sobie w ten sposób. I przeświadczenie, że jakkolwiek hojnie bym sobie nie dokładała, nigdy nie będę lepsza ani gorsza od innych.

Dostałam chaos. Nieposkromiony chaos wewnątrz mojej głowy. Plątaninę myśli, których przybywa z każdą sekundą, milion refleksji, które drążę z pełną świadomością, że prawdopodobnie żadna mnie do niczego nie doprowadzi, jednak czuję, że to drążenie czyni mnie bogatszą. Setki uczuć, setki emocji, które pokrętna wrażliwość każe mi odczuwać z wielokrotną siłą, całą duszą, na każdym kroku. Choć wiem, ze kiedyś przyjdzie dzień, gdy zaniedbywanie wszystkich spraw, od których chaos stale odciąga moją uwagę, zacznie nieść za sobą poważniejsze skutki, dobrze się nam ze sobą żyje.

Dostałam ogromną wiarę w ludzi, na której pewnie jeszcze się poślizgnę, jeśli wierzyć temu, co mówią. Niekoniecznie przekonanie, że wszyscy jesteśmy aniołami ani, że za każdym przejawem agresji stoi sąsiad sięgający ręką pod spódnicę. Raczej skłonność do zastanawiania się, czy na pewno go tam nie ma, zanim wezmę się za przyklejanie etykietek. Patrzenia na słabości innych mając na uwadze własne.

Za to wszystko… dziękuję. Będę pilnować.

Samozapłon.

Nie trzeba mi przypominać co się dzieje, kiedy dam się skłócić. A dzieje się dużo. I dzieje się niecodzienne. Na tyle niecodziennie, że każdy kto przyszedł na świat ze zdrowym rozsądkiem oraz umiejętnością przewidywania faktów nie nieuniknionych woli nie kusić losu ani mojej pokręconej psychiki. Bo widzicie, widok człowieka wprawionego w patologiczne drgawki, próbującego złapać oddech i jedną trzeźwą myśl może przestraszyć. A taka właśnie czasami ze sobą bywam ze swoimi demonami. Niepoukładana.

Lubimy się złościć. Lubimy prowokować. Lubimy, bo to dodaje energii. A my przecież tacy wypompowani jesteśmy. Z sił wypompowani jak materac z dziurką. A od kawy mogą zżółknąć zęby. Statyczni jesteśmy w swoich obrotowych fotelach. Wszędzie blisko i wszystko wielofunkcyjne, tutaj, w kieszeni, a przynajmniej w zasięgu wzroku. Dużo. Wystarczająco dużo, by nasz naturalny berserk musiał poszukać sobie innego miejsca. Brakło adrenaliny, uderzeń krwi do głowy, szybkiego bicia serca i szumu w uszach. Złość drażni receptory. Tego nam potrzeba. Choćby dla samego dreszczu przebiegającego po plecach. Wtedy tak człowiek czuje. Wszystko czuje, opuszki palców, cebulki włosów, każde zakończenie nerwowe płonące żywym ogniem. Piekielnym ogniem. I tak trochę czuje, że żyje.

Każdy z nas ma swoje granice. Granice, których nie powinien przekraczać, bo wie, że będzie żałować. Wie, że przez kolejną albo kilka kolejnych nocy nie zaśnie, wie, że odchoruje, wie, że sam siebie przeklnie sam siebie upodli – który to już raz? – za brak kontroli i pokory wobec własnej osoby. A jednak lubimy te granice przekraczać. Lubimy się nimi bawić. Są tak cienkie, takie kruche, takie bezbronne. Takie łatwe do przekroczenia gdyby tylko się chciało.

Doskonale wiemy co czeka za nimi. A czeka to, czego zobaczyć bardzo nie chcemy. Przynajmniej lubimy tak sobie powtarzać, tak sobie wmawiać. Że nie chcemy. Tymczasem kusi jak diabli. I gdybyśmy spróbowali, pewnie udałoby nam się znaleźć w sobie moc by tę pokusę przezwyciężyć. Bo wiecie, człowiek sam w sobie jest istotą naprawdę silnej woli. Jednak my lubimy przekraczać ten poziom. Bo na tym to polega. Fetysz tkwi w samym przekraczaniu.

Jakkolwiek nie jestem zwolenniczką ideologicznego wypinania się na wszelkie problemy otaczającego nas świata w myśl maksymy „nie mój ogródek nie moje kwiatki” tak uważam, że pewne tematy, w pewnych okolicznościach ich poruszania można sobie odpuścić. Można przymknąć oczy, można przytkać uszy, można ugryźć się w język, choćby nawet przegryźć, byle się powstrzymać. Bo czasami nie warto. Dla siebie, dla własnego zdrowia, dla czasu, który można przeznaczyć na cokolwiek innego niż kłótnie i rzucanie mięsem. Na coś lepszego. O wiele lepszego, niż obelgi i nieprzemyślane słowa, które mogą wypaść z ciebie, gdy stracisz panowanie.

Każdy wie, że śpiącego lwa się nie budzi. Nie budzi się, bo to niebezpieczne. I niepotrzebne. Każdy teoretycznie wie też, że nie warto się wyrywać, kiedy nie jest to konieczne. Że nie warto się prowokować ani pozwalać na prowokacje, żeby podsycać ogień. Ogień się gasi. Ale czasami, czasami lubimy patrzeć jak płonie i czuć jak gorąco szczypie nas w twarz. Jak płomienie smagają powietrze tak blisko nas, że mogłyby zranić. Lubimy. To nas podnieca.

Złość drażni receptory. Ty też to czasem lubisz.