Samozapłon.

Nie trzeba mi przypominać co się dzieje, kiedy dam się skłócić. A dzieje się dużo. I dzieje się niecodzienne. Na tyle niecodziennie, że każdy kto przyszedł na świat ze zdrowym rozsądkiem oraz umiejętnością przewidywania faktów nie nieuniknionych woli nie kusić losu ani mojej pokręconej psychiki. Bo widzicie, widok człowieka wprawionego w patologiczne drgawki, próbującego złapać oddech i jedną trzeźwą myśl może przestraszyć. A taka właśnie czasami ze sobą bywam ze swoimi demonami. Niepoukładana.

Lubimy się złościć. Lubimy prowokować. Lubimy, bo to dodaje energii. A my przecież tacy wypompowani jesteśmy. Z sił wypompowani jak materac z dziurką. A od kawy mogą zżółknąć zęby. Statyczni jesteśmy w swoich obrotowych fotelach. Wszędzie blisko i wszystko wielofunkcyjne, tutaj, w kieszeni, a przynajmniej w zasięgu wzroku. Dużo. Wystarczająco dużo, by nasz naturalny berserk musiał poszukać sobie innego miejsca. Brakło adrenaliny, uderzeń krwi do głowy, szybkiego bicia serca i szumu w uszach. Złość drażni receptory. Tego nam potrzeba. Choćby dla samego dreszczu przebiegającego po plecach. Wtedy tak człowiek czuje. Wszystko czuje, opuszki palców, cebulki włosów, każde zakończenie nerwowe płonące żywym ogniem. Piekielnym ogniem. I tak trochę czuje, że żyje.

Każdy z nas ma swoje granice. Granice, których nie powinien przekraczać, bo wie, że będzie żałować. Wie, że przez kolejną albo kilka kolejnych nocy nie zaśnie, wie, że odchoruje, wie, że sam siebie przeklnie sam siebie upodli – który to już raz? – za brak kontroli i pokory wobec własnej osoby. A jednak lubimy te granice przekraczać. Lubimy się nimi bawić. Są tak cienkie, takie kruche, takie bezbronne. Takie łatwe do przekroczenia gdyby tylko się chciało.

Doskonale wiemy co czeka za nimi. A czeka to, czego zobaczyć bardzo nie chcemy. Przynajmniej lubimy tak sobie powtarzać, tak sobie wmawiać. Że nie chcemy. Tymczasem kusi jak diabli. I gdybyśmy spróbowali, pewnie udałoby nam się znaleźć w sobie moc by tę pokusę przezwyciężyć. Bo wiecie, człowiek sam w sobie jest istotą naprawdę silnej woli. Jednak my lubimy przekraczać ten poziom. Bo na tym to polega. Fetysz tkwi w samym przekraczaniu.

Jakkolwiek nie jestem zwolenniczką ideologicznego wypinania się na wszelkie problemy otaczającego nas świata w myśl maksymy „nie mój ogródek nie moje kwiatki” tak uważam, że pewne tematy, w pewnych okolicznościach ich poruszania można sobie odpuścić. Można przymknąć oczy, można przytkać uszy, można ugryźć się w język, choćby nawet przegryźć, byle się powstrzymać. Bo czasami nie warto. Dla siebie, dla własnego zdrowia, dla czasu, który można przeznaczyć na cokolwiek innego niż kłótnie i rzucanie mięsem. Na coś lepszego. O wiele lepszego, niż obelgi i nieprzemyślane słowa, które mogą wypaść z ciebie, gdy stracisz panowanie.

Każdy wie, że śpiącego lwa się nie budzi. Nie budzi się, bo to niebezpieczne. I niepotrzebne. Każdy teoretycznie wie też, że nie warto się wyrywać, kiedy nie jest to konieczne. Że nie warto się prowokować ani pozwalać na prowokacje, żeby podsycać ogień. Ogień się gasi. Ale czasami, czasami lubimy patrzeć jak płonie i czuć jak gorąco szczypie nas w twarz. Jak płomienie smagają powietrze tak blisko nas, że mogłyby zranić. Lubimy. To nas podnieca.

Złość drażni receptory. Ty też to czasem lubisz.

Reklamy

2 thoughts on “Samozapłon.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s