Dotykając dna

Palce wbite w betonową krawędź. Ciało szarpane przez drgawki, jakby coś chciało wyrwać się z niego i uciec jak najdalej. Przychodzi mi na myśl, że pusta powłoka powinna bez trudu dryfować na wodzie. Wiem, że muszę ruszyć. Na tym to polega. Nie da się płynąć tkwiąc w miejscu. Choć w głowie mam wiele lęków, niewiele jest w stanie dobrać mi się do skóry tak jak trzy metry wgłąb basenu rozciągające się po mojej lewej stronie. Powtarzam sobie, że jestem niezniszczalna, że dam radę, tym razem na pewno. Uno, dos, tre…!

– Może panience wody z czajnika ciepłej dolać, żeby nie zmarzła jak się nie rusza, co nie, chłopaki? – Haha. Tak tu u nas wesoło.

Niech się panowie tak głośno nie śmieją, bo się jeszcze zapowietrzą. Już panom brzuchy przyzwoicie wydęło, chyba, że niekoniecznie do nadmiaru tlenu. Zmarszczek się panowie nowych dorobią, być może zginą w tłumie, ale lepiej mniej niż więcej, bo jeszcze przyjdą kompleksy, a na botoks i naciąganie z ratowniczej pensji może braknąć. Utopi się ktoś gdzieś na drugim końcu, bo panowie tu ha ha w najlepsze, ale jednak robota robotą i trzeba mieć oczy dookoła głowy niezależnie jak przyjemne byłoby dowalić komuś przy porannym espresso.

Próbuję wyglądać bohatersko. Tak po prostu, bo silnie ugruntowana duma każe trzymać przy sobie resztki godności, nie oddać jej klubowi rozrywkowiczów. Dopóki  wojna toczy się jeszcze na polu psychicznym, przybieram waleczny wyraz twarzy. żeby było, że wcale nie chcę się poddać i że to nie tak że nic nie robię, nic się nie staram. Że nie świerzbią mnie ręce, żeby wyjść i jednego z drugim ściągnąć do poziomu podłogi. Ściągnęłabym może gdyby już ich tam nie było.

Zastanawiam się, czy to kwestia niedojrzałości. Czy to o czterdziestu latach dzieciństwa mężczyzny to faktycznie prawda. Czy ta biedna gromadka starszych panów po prostu jeszcze nie wyrosła z momentu, kiedy najzabawniejszą rzeczą na świecie było zakpić z kogoś w towarzystwie swoich groupies (ewentualnie powiedzieć penis), czy po prostu kiedyś przypadkiem lodówka przygniotła im jądra i od tego czasu cała klasa i kultura osobista poszła w diabły.

Samą siebie chwalę za cierpliwość do cudzych docinków. Za to, że choćby gryzły to jednak nie tyle, żeby zagryźć. Mnie. Moje poczucie wartości. Za to, że im dłużej i solidniej daje mi się po głowie, tym bardziej twardnieje mój psychiczny pancerz ochronny, a poczucie frustracji i zażenowania przelewa się w wyzwanie, próbę, jak wiele jeszcze dam radę wysłuchać nim poczuję się gorsza i wreszcie satysfakcję, że na tym gruncie udało mi się zwyciężyć. I wtedy patrzę na drugi koniec i widzę ją. Dziewczynę, która przychodzi w te same dni, ale nie pływa, tylko próbuje przeczekać aż zajęcia się skończą. W momencie uświadamiam sobie, ze zaczynam rozumieć, dlaczego nawet nie próbuje próbować.

Upokorzenie motywuje. Upokorzenie wyzwala wściekłość. Nie ma silniejszego środka energetyzującego niż furia w czystej postaci. Wyłączasz myślenie i dzięki temu jesteś w stanie dokonywać niemożliwego, by wyładować frustrację na czymkolwiek co zdoła to przeżyć. Na tafli wody, na własnym ciele. By wbić sobie i wszystkim innym do głowy, że znaczy się więcej. Z drugiej jednak strony, niezależnie jaka ilość adrenaliny powstaje po wbijaniu noża w plecy, nie chcę wierzyć, że to najlepsze rozwiązanie.

Mogłabym powiedzieć, że chodzi o kompleksy, ale nigdy taka forma szczególnie do mnie nie trafiała. Wolałam mówić o głupocie, o złośliwości, o braku empatii. Braku szacunku. Dla cudzej pracy, nawet jeśli efekty są marne, wysiłek zostaje wysiłkiem. Strach to najsilniejszy czynnik determinujący, który potrafi jednocześnie kopnąć się w tyłek i związać ręce, zaś jego pokonanie stanowi jedną z największych barier, przed jakimi może zostać postawiony człowiek. Uważam więc, choć rzadko wygłaszam konkretne zdanie, nie pozostawiwszy miejsca na refleksję lub ciąg dalszy własny, że śmianie się z cudzych niepowodzeń lub lęków jest najbardziej żałosną formą krytyki i jednocześnie czymś bardzo okrutnym. Nie każdy bowiem potrafi spojrzeć na porażki od strony wyzwania, nie każdy potrafi zacisnąć zęby tylko po to, by pokazać, że nie pęka. Niektórym kilka nieprzemyślanych słów może na stałe odciąć skrzydła.

Śmieje się dalej sześć starych dziadów. Tacy kawalarze, choć jeszcze ósmej nie ma. Trzy metry. W sumie niewiele. A nawet jeśli coś pójdzie nie tak, nie ja będę tu najbliżej dna.

Advertisements

One thought on “Dotykając dna

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s