Chaos

Antykobiecie, czysto teoretycznie rozcięto głowę. Tylko fantazjujemy, więc nie zastanawiajmy się kto, w jakich okolicznościach i w jakim celu, a już na pewno nie pozywajmy za to nikogo do sądu. Rozcięto. I z tejże głowy, potężną falą wypłynął cały absurd i cały chaos tego świata po czym opanował ziemię od jednego bieguna, do… No dobra. Może trochę poważniej.

ONI
Pytają o ręce. Spoglądam na nie i uświadamiam, że to nie tak, że robię sobie dziary długopisem. Że te wszystkie słowa napisane od palców, przez nadgarstki, niemal po łokcie to notatki. Z całego dnia. Lub dwóch poprzednich godzin, różnie to bywa. Zapiski co zrobić następnego dnia, co przynieść, co sprawdzić, komu zapłacić, kogo zapytać, o czym poinformować, o czym pomyśleć i o której godzinie. Pytają, czy nie szkoda mi skóry, czy to się w ogóle zmywa. Zmywa się, owszem, tak na trzeci dzień, więc przez kolejne trochę prześwituje. Spod tych nowych. Bo codziennie trzeba nowe. Nie ma że boli.

Interesują się gdzie mój mózg. Czy aby na pewno go mam, czy mi przypadkiem nie wypadł, nie roztrzaskał się o ziemię w drodze do szkoły i tyle go widziano. Z troską w oczach, bo bez niego podobno żyć się nie da. Uspokajam ich, stwierdzając, że raczej nie, że jeśli już to najprawdopodobniej nigdy go tam nie było, albo kiedyś rzuciłam go gdzieś w kąt i zapomniałam wsadzić z powrotem. No właśnie. Pytają, czy czasami zdarza mi się o czymś pamiętać. Tak. Zdarza się czasami.

Zastanawiają się, co takiego ja robię, że o wszystkim zawsze wiem ostatnia, albo nierzadko nie wiem wcale. Gryzie ich, czy aż tak fascynujące wiodę życie, że na wszystko banalne, codziennie sprawy nie zostaje mi miejsca w głowie. Podpytują o tych muzyków. No wiecie, upadłe anioły rock &rolla, z którymi się szlajam po barach całymi nocami wyrywając co jędrniejsze dziewoje, żłopiąc najtańsze piwo i wciągając śmieszny biały proszek z brudnej deski klozetowej. Co? Nie szlajam się? Więc gdzie podziewa się cały ten czas, którego ciągle brakuje? Poprawiam, że nie w tym tkwi problem, nie w niedoborze minut, których mam mnóstwo i jeszcze trochę, ale w tym. W dekoncentracji. W moim chaosie.

CHAOS
Po latach współżycia przeszliśmy ze sobą na ty i nawet idzie nam się dogadać. Nawet. Może inaczej – akceptujemy się nawzajem tak jak z czasem zaczyna się akceptować garba na nosie i prawa natury. To ten rodzaj toksycznej relacji, na który godzisz się, bo A) nie masz pojęcia jak się z niej wydostać, B) czujesz, że ona w pewnym stopniu definiuje ciebie. I tak to, choć pragnę nienawidzić go z całego serca, ilekroć ściąga mnie w dół, próbuje podcinać skrzydła, prześladuje mnie myśl, że pozbywając się go, wyrwałabym sobie serce. Tymczasem gdy bez skrzydeł jakoś się pociągnie, bez serca ponoć żyje się nieszczególnie.

My. Podobni tacy jesteśmy. Wystarczająco mocno, by chcieć doszukiwać się podobieństwa, za mało, by je znaleźć, choć w rzeczy samej – chaosu w naszej rodzinie zawsze było aż nadto. Nikt nigdy się go nie pozbył. Jako obronę przyjmuję fakt, że przeżyliśmy.

Łączy nas to, że bardzo wiele skupiamy wewnątrz. Zbyt wiele chcemy przeżywać naraz, by czasami czegoś nie uronić, by coś nas nie minęło. Zachłanni jesteśmy i w tej zachłanności staramy się dotknąć nieba. Tu i natychmiast wydobywać sedno wszystkich emocji, które gdzieś w nas się tlą, opanować miliardy sprzecznych myśli plączących się wte i wewte po głowie, robiących zamieszanie. Próbujemy połknąć świat w całości, nie dławiąc się przy tym. Nie z ambicji, raczej z potrzeby doświadczania, odczuwania każdej chwili, ciągłego analizowania, ciągłego szukania sensu w jego braku lub odwrotnie. Nawet jeśli nie ma po co. Zazwyczaj nie ma po co. Jednak my wciąż pragniemy widzieć w tym cel, który pobłogosławiłby wszystkie te przeszkody. Nie błogosławi.

I W KOŃCU…
Ja. Lśniące gwiazda całego demonicznego uniwersum. Uosobienie całego tego zagmatwania przejawiającego się gdzie popadnie, w pobazgranych zeszytach, w potarganych włosach, w trzydziestu kubkach na biurku, w notorycznie nadwyrężanej cierpliwości ludzi z otoczenia. W zapomnianych myślach, w zapomnianych słowach, w przerwanych wątkach w środku zdania i w miliardzie wtrąceń rozchodzących się na kolejne gałęzie, kolejne refleksje. Tym jestem. Chaosem. Nieobecnym w miejscu i czasie. Sprzeczność kryje się natomiast w łagodności. W spokoju. Niekiedy nawet w lekkim otępieniu. Jednak musicie wiedzieć, że kiedy zdaje się, że tego dnia mój rozum zaliczył reset, bo nie reaguję nawet na „wytnijmy Antykobiecie wątrobę”, to wcale nie jest tak, że coś mi nie łączy. Ja myślę. Myślę trochę za dużo.

Mówisz, że jestem trochę nieogarnięta. Odpowiadam, że stanowczo za mało powiedziane.

Reklamy

Little girl

Ona. Ta Mała. Metr piętnaście wzrostu, okulary w różowych oprawkach. Najszerszy uśmiech na świecie, lat jeszcze zbyt mało, by łykać na to prochy. Entuzjazm spływający z opuszek palców, końcówek włosów, chaotycznych ruchów ciała. Niespożyte pokłady energii wyrażane w każdym słowie, w każdym wyrazie twarzy, w każdym uścisku, który oddaje ci od tak. Mówią o niej, ze jest dziwnym dzieckiem.

Zastanawiam się, od czego zacząć i stwierdzam, że może od tego, że ja dzieci bardzo nie lubię. Należę do tych, które w dalekiej przyszłości, jeśli wyprodukują własne, to będą kochać, ale do cudzych tylko z dystansem, ostrożnością i pociskiem odpowiedniego kalibru. Jako osoba przez całe życie wychowująca się wśród starszych od siebie, nie mam pojęcia jak się za dziecko zabrać, od której strony, co mówić. Zwykle staję w miejscu, gdy traktuję je dokładnie tak, jak traktowałabym osobę w moim wieku. I to nieskromnie mówiąc – bardzo dobrze się sprawdza, może dlatego, że dziecko pozostawione pod opieką nie szuka drugiej matki.

Dzieci nie lubię, uwielbiam natomiast ludzi dziwnych. Niezależnie od wieku, bo kiedy ju uda mi się upleść nić porozumienia, nie widzę powodu, by stawiać na niej granice. Nie widzę powodu, by nie zwracać uwagi starszym ludziom ani by traktować dziecko mniej poważnie bądź mniej sprawiedliwie. Między mną a małą Germany zaplotło się od razu.

Na początku myślałam, że wszystkie sześciolatki mają to w sobie. Energię. Entuzjazm. Tę niesamowitą radość z prostego przeżywania życia, która spływa im po ciele razem z potem znaczącym kolejne kółko wokół parku. Byłam przekonana, że im wszystkim nie kończy się energia, że wszystkie mają odwagę śmiać się głośno, zaczepiać ludzi, robić piruety na trawie przed szkołą. Tymczasem im dłużej przyglądałam się jej koleżankom, kruchym, wstydliwym, nieco flegmatycznym, tym mocniej docierało do mnie, że mam do czynienia z osobą naprawdę niesamowitą.

Kiedy pierwszy raz się spotkałyśmy, miała na sobie koszulkę z angielską nazwą Niemiec i głupi wyraz twarzy. Szybko zrozumiałam, że z tym drugim się nie rozstaje. Germany bez cienia skrępowania odzywa się do zupełnie obcych ludzi, również do dorosłych. Przytula cię na powitanie, tańczy i śpiewa zupełnie publicznie. Ma w sobie tę niezwykłą odwagę i lekkość, którą nawet zaprawieni w życiu dorośli często muszą wypracować w sobie z wielkim trudem. Czasem jej zazdroszczę. Tej mniejszej o połowę, że jest silniejsza ode mnie. Kolejny paradoks matki natury.

Mówią o niej, że jest dziwna. I mają rację. Nierzadko trudną ją zrozumieć, ale jeszcze częściej jedynym słusznym rozwiązaniem zdaje się pozostawienie prawdy pod jasłem słodkiej tajemnicy. Cokolwiek kryje się w jej głowie, przerasta wszelkie wyobrażenia. W cokolwiek zmienia tę dziewczynkę, tworzy coś naprawdę cudownego. Być może niewiele w tym sensu, ale co poszło z nią nie tak, wyszło na dobre.

I tylko czasem się martwię. Tak samo, jak kiedyś martwiłam się o kobietę w papuzich piórach. Że gdzieś po drodze zaginie. Że to, co czyni ją niezwykłą, uzna za złe, wstydliwe i schowa pod poduszkę z resztą swoich grzeszków. Że się złamie,zmieni za bardzo. Że ktoś, kto zbyt łatwo rzuca słowami, rzuci i takie, które zagnieżdżą się w jej sercu i zabiją niesamowitą Germany, którą mogłaby być. Że wyblaknie jej pióropusz i opadną pióra. Świat ją zmieni, bo zmienia każdego, a przed nią jeszcze wiele. Jednak coś zawsze powinno się uchować.

Chciałabym móc gdzieś ją ukryć i przed tym wszystkim obronić. Ale ktoś musi pokolorować ten świat. Zaciskam kciuki, nie zepsujcie tego.

Artyzm organiczny

Znowu się gapię. Znowu z drażniącą świadomością, że nie powinnam. Wiecie, niektórzy są wrażliwi na tym punkcie. Niewygodnie im pod cudzym spojrzeniem, zwłaszcza, gdy wbija się ono w ciało próbując przewiercić drogę do każdej komórki i dokładnie ją obejrzeć. Upominam samą siebie, żeby odwrócić wzrok, karcę, grożę, przemawiam do rozsądku, nadal pozostawiając oczy skierowane w tę samą stronę. Ludzie to jednak mają słabą wolę.

Oni. Przyczajone w świecie cuda natury. Ludzie absolutnie przepiękni, uosobienia niezwykłości. Boginie i bogowie w klapkach za cztery dwadzieścia, przed którymi chciałoby się rozsunąć czerwony dywan i obsypywać złotem. Dzieła sztuki na dwóch, ludzkich nogach, niekoniecznie pozbawione wad. Nie ma ich wielu. Pośród całych tłumów atrakcyjnych, seksownych, równo wpisanych między linijki powszechnie przyjętego kanonu piękna, osób, które swoją urodą wyrywają ci powietrze z płuc i odbierają mowę nie spotyka się często. Jednak natknąwszy się na nich raz, trudno zapomnieć.

Nie ma w tym cienia pożądania. Zakochania. Erotycznej fantazji. Dowodem na to – znaczną część tych niezwykłych ludzi stanowią (przynajmniej w moim przypadku) kobiety. Anty na całe szczęście lesbijką nie jest, bo by się nigdy w życiu z drugą babą na dłuższym dystansie nie dogadała. A jednak trudno zaprzeczyć obecności tego intrygującego łaskotania za żebrami. Bo podobno stamtąd płynie najszczerszy zachwyt. Z serca. Ładnie, prawda?

Nie ma też zazdrości. Nie ma porównywania. Nie w ich przypadku, nawet jeśli na co dzień myślą wyrywa się wszystkie zgrabne nogi na ulicy. Jest tylko paraliżująca chęć ciągłego patrzenia, utrzymywania się w stanie dzikiego zachwytu nad cudem, który dzieje się przed oczami. I dźwięk chodzącego po wodzie Jezusa, wypadającego z rankingu.

Człowiek. Arcydzieło boskiego rzemiosła. Istota niesamowita sama w sobie. Niezwykle skomplikowana, złożona, piekielnie trudna do opisania poza anatomiczną notatką. Żywa perfekcja.  Jednak mimo to, natura wciąż stawia przed nami kolejne dowody swojego geniuszu, które wciąż przerastają poprzednie. Z niespotykaną lekkością tworzy istoty, których piękno poddaje pod wątpliwość wszelkie ateistyczne dogmaty. Od tak, wydaje na świat swoje małe dzieła sztuki wzbudzając we mnie coraz większy podziw. Chylę czoła, choć popisuje się jędza tak, że aż nie wypada.

Ciągle przystaję przy tym, że wszyscy ludzie są piękni. Albo inaczej. Nie akceptuję brzydoty jako faktu ostatecznego, jako czegoś niepodważalnego. Czegoś, co mogłoby oznaczać więcej niż opinię jednego człowieka. Nie uważam, że negatywny odbiór jakiejkolwiek grupy ludzi mógł służyć za święte jedno i jedyne. Nie służy. W pewnym sensie wszyscy pozostają na tyle atrakcyjni, na ile w oczach pewnych osób, mogliby być uznawani za okropnych. Wszyscy mają tak samo czystą kartkę na której mogą napisać, w czyje zdanie chcą wierzyć*. Jednak nadal jesteśmy skazani na rozdzielanie w zgodzie z własnym poczuciem smaku. Na brzydkich. Na ładnych. I na tych, którzy wywracają mózg i duszę na lewą stronę.

Nadal patrzę. W końcu to wyczuwa. To ten niezręczny, a zarazem rozczarowujący moment, kiedy pora chować zabawki do szafy i iść się tłumaczyć. Próbuję ratować sytuację uśmiechem. Odwracam się szybko i odchodzę. A nuż go odwzajemni i kto mnie będzie później zdrapywać z chodnika?

*Jeśli ktoś martwi się dużym nosem to może wziąć moje. Nie mówcie mi, że to nie jest cholernie seksowne.

… (wymowne trzy kropki) [sucha notka part 1]

Poniższy tekst jest absolutnie bezwartościowy i prawdopodobnie zdemotywuje cię do życia. Istnieje tylko przez mój głupi kaprys. Jeśli masz resztki godności i mózg we właściwym miejscu to poszukaj czegoś bardziej wartościowego. Obejrzyj Muminki na przykład.

Byłoby się hiperaktywnym. Jednym z tych, którzy to zawsze i z przytupem. Pełnym energii, zmotywowanym, gotowym zamieniać ołów w złoto o każdej porze dnia i nocy. Żyjącym szybko, efektywnie, wyciskającym z życia jak ze świeżej pomarańczy. Zawsze szczęśliwym, zawsze zaangażowanym. Takim co to mu minuty nie przeciekają między palcami, takim, który nie miewa granic, nie miewa dni ponurej egzystencji na krawędzi kanapy. Byłoby się. Tymczasem jak na złość się nie jest.

I tak sobie siedzę. Siedzę i stukam w klawisze, sądząc po spójności i tematyce tekstu – w które popadnie. Przelotem zastanawiam się, co z tego wyjdzie, czy antyblog zdoła to przeżyć, czy nie runie z hukiem, jednak żadna wizja jego upadku nie powstrzymuje mnie przed wylewaniem kolejnego wiadra bzdur. Dziś nie mam na to ochoty, dziś paplam bez sensu, podobno kobiecie od czasu do czasu się należy.

Na moment ograniczam swoją życiową funkcję do wytwarzania ciśnienia na krześle. Na nic więcej nie mam szczególnej ochoty. Dopadło mnie. Dopadła mnie brzydka pogoda i kryzys twórczy. Podłe jędze. Tyka mnie rozlazłość. Zastanawiam się, czy by nie pozwać, w końcu tyka bez zgody, jednak do tego trzeba by złożyć jakiś wniosek. Wstać z krzesła, a tego byśmy nie chcieli. Może nawet pomyśleć. A ja taka dzisiaj zbyt wypompowana z ambicji żeby bawić się w orędowniczkę swoich praw. Dzisiaj obejrzymy serial. Który to już raz? Nie wiem. Wiem natomiast co mówią bohaterowie bez wsłuchiwania się w kwestie, a to każe mi wnioskować, że liczba jest większa niż przystoi żeby była.

Pewnie można by zrobić coś konstruktywnego. Pouczyć się. Może okiełznać piętrzący się wokół nieporządek. Przerasta dziad ostatnio samego siebie, trudno za nim nadążyć tak się mnoży i mnoży. Pogratulować, że płodny. Można by wyjść na dwór, złapać trochę słońca, zaprzestać trupiej bladości, bo ileż można powtarzać, że nie, nie jest się chorym i tak, czuje się dobrze.

Pewnie by było można, ale tak już czasami bywa, że siła przyciągania łóżka przerasta chęć bycia człowiekiem sukcesu. Bardziej kuszące zdaje się oglądanie głupich zdjęć w internecie, które jak bóg da, nie wyssą ci całego mózgu tylko cztery piąte. Ewentualnie siedzenie w miejscu i patrzenie w sufit, wszak na suficie niewiele się dzieje, widok idealny dla mózgu, którego funkcje stanęły w miejscu i ruszyć nie mogą. Jak kto bystrzejszy to może tłumaczyć medytacją lub nagłym olśnieniem. Zgłębiających sens wszechświata nikt nie rusza, a to już gwarantuje święty spokój.

Zmotywowałoby się ludzi. Tak kopnęłoby się w tyłek, żeby na pośladku zostało trwałe wgniecenie jako pamiątka własnej siły przekazu. Tymczasem dopadła niemoc. Dopadł brak zaangażowania w szeroko pojęte życie. Póki utrzymuję się w stanie rozcieńczenia, świat musi jeszcze trochę poczekać zanim go zdobędę. Minie. Wtedy będzie na serio.

Przeczytałeś? To teraz sam zbieraj się do kupy.

Bezwstydna.

Proszę ciebie, ja niewielu rzeczy na swój temat mogę się przed tobą wstydzić. Przed twoim idealnie skrojonym garniturem, przed twoimi dwoma wielkimi, jędrnymi półkulami mózgu, przed twoimi obrazami, których to tyle sobie w salonie powiesiłeś. Przed twoją nieskalaną opinią, błyskotliwym poczuciem humoru, rozległą wiedzą na temat wszystkiego. O mnie też mógłbyś zapewne powiedzieć wiele, na przykład to, że jestem ignorantką. Nie będę zaprzeczać, mogę się zgodzić. Ale widzisz wielki człowieczku z wielkim rozumkiem – ja naprawdę nie wstydzę się swojej głupoty.

Pewna historyczka powiedziała kiedyś, że mądry uczeń nie popełnia błędów. Uderzyłabym ją w głowę żelazkiem, ale A) nie dysponowałam i B) jestem na tyle pokojową istotą, że zamiast stosować rozwiązania siłowe, wolę napisać o tym po latach na blogu. Napisać o tym, że ja błędy owszem – popełniam i nigdy przez to swojej mądrości nie odejmowałam.

Bo widzisz duży człowieczku, ja się ze swoimi głupimi postępkami nigdy szczególnie źle nie czułam. Owszem, bolały, owszem, w momencie, gdy upadało się przez nie na ziemię, niezbyt przyjemnie było zedrzeć sobie kolana do krwi, jednak później uporczywe szczypanie znikało, a powstałych blizn nigdy nie uważałam za szczególnie szpetne. Raczej za szramy wojenne noszone dumnie razem z nauczką, która z tego wypłynęła. Jakkolwiek mogłoby to wyglądać w cudzym przypadku – mnie popełnianie błędów zawsze umacniało. Być może płynie to z obsesyjnego szukania pozytywów, jednak w każdy krok nie w tę stronę odbija na mnie ślad, więc nawet jeśli błądzę po raz kolejny, mam w sobie przeczucie, że droga znajoma. Nic więc hańbiącego w robieniu głupich rzeczy. Nic hańbiącego w zdobywaniu doświadczenia.

Nie boję się też ciebie pytać, nawet jeśli zdaję sobie sprawę, że powinnam znać odpowiedź. Dzięki temu można zarówno pozyskać informacje w zakresie zgłębianego tematu, jak też dowiedzieć się wiele na temat samego pytanego. Czasami to drugie okazuje się moją główną motywacją, taka bywam zadziorna. Niekiedy bardzo łatwo wyciągnąć z ludzi to kim są, a ja lubię wiedzieć na czym stoję. Zadaję więc kolejne pytania, nie próbując zastanawiać się, czy wypada. Czy nie uznajsz mnie za idiotkę, czy nie powinnam poszukać w słowniku, w encyklopedii, w internecie, byle na własną rękę, byle nie stać się dla ciebie uosobieniem ignorancji, byle nie stracić twarzy. Żebyś przypadkiem nie pomyślał, że ja taka głupia jestem, taka niedojrzała. Żebyś nie poczuł, że jesteśmy na zbyt niskim poziomie i pora wspiąć się do ludzi bardziej wartościowych.

Jeśli poczujesz się przypadkiem zniesmaczony, że pytam to już niestety nie mój problem. Widzisz, lubię wiedzieć więcej.  Jeśli chcesz to odpowiesz. Jeśli nie, pozostawisz mnie w rozmyślaniu, czy wiesz naprawdę czy tylko udajesz. Ja lubię się zastanawiać i mam czas, tak więc radziłabym pomyśleć, nim prychniesz z pogardą. Niezbyt wstydzę się tego, że chcę nadrabiać zaległości.

Nie krępuję się też opowiadać ci o tym, co lubię. Choć może powinnam, bo zdaję sobie sprawę, że moje gusta nie znalazłyby sobie miejsca w rozmowach na poziomie. Nie zyskałyby uznania wśród ludzi lepszego gatunku, ludzi na tak zwanym poziomie, człowieczków takich jak ty. Większość filmów i książek, które naprawdę uwielbiam nie zmieniają mnie bowiem na tyle, by można było tę zmianę nazwać konstruktywną. Nie trawię muzyki klasycznej, dramatów romantycznych, poezji trzepniętych oświeceniowców. Rzeźby i obrazy interesują mnie nieszczególnie, architektura interesuje mnie mniej niż wcale. Do najbardziej uznanych dzień świata, pereł dorobku kulturalnego ludzkości podchodzę często z nieskrywaną odrazą. Jestem więc być może w twoich oczach ignorantką, nie posiadam dojrzałego smaku, mam prostacki gust, prostackie poczucie humoru i prostacką osobowość. Nigdy mi to zbytnio nie przeszkadzało.

Przekorna jestem. Na tyle przekorna, że im częściej zauważam tendencję, z którą nie chcę się zgadzać, tym bardziej próbuję wychodzić jej na przeciw. Tak więc za każdym razem, gdy ziejesz wielkością zza swoich okrągłych okularów, a ktoś ugina się pod jej ciężarem, zalewa się wstydem w obliczu własnej prostoty i próbuje ci dorównać, zadzieram głowę wyżej i próbuję patrzeć ci prosto w oczy, a kiedy nie widzę w nich zrozumienia dla bycia tylko jednym z ludzi, nie stanowisz już dla mnie żadnego autorytetu.

I jakkolwiek, duży człowieczku, nie próbowałbyś rosnąć w oczach świata i tak pozostaniesz takim samym kurduplem jak my wszyscy inni.

My, szczęśliwi.

Dzisiejszy wpis będzie zbyt poważny na mnie, na mój wiek, choć paradoksalnie jest z nim mocno związany. Jeżeli ktoś czuje się zniesmaczony, ma w tej chwili czas, żeby uciec w zaświaty i pozwolić temu tekstowi istnieć jako lekkiej myśli przelanej w słowa.

Dobrze mi, bo znowu mogę chodzić po świecie w trampkach. Znowu w tylko i aż bluzie. Że z oddali, ale już – widzę wiosnę, widzę gimnazjalistów popalających przed pod drzewem, widzę kolejne stopnie wspinające się w górę termometru. Czuję cieplejsze powiewy i powracającą świeżość. Po zalegającym za oknem białym puszystym nie został nawet zapach, znów wiem, że ożywam, że ożywa świat wokół, że znów robimy coś innego niż tylko istnienie. Przemija wrażenie, że wszystko wokół zdechło i tylko pan Zdzisław co jeździ pługiem jakoś się trzyma. Upajam się samą myślą, że zbliża się piękne, zbliża się cieplejsze.

Dobrze mi, bo zdążyłam na stację i nawet nie na ostatnią chwilę. Wsiadłam gdzie trzeba, wysiadłam gdzie trzeba, wybrałam odpowiednie tory z odpowiednim pociągiem i nawet biletu złego nie kupiłam, czyli, że się spisałam. Sama więc sobie gratuluję, że choć generalnie bywam sierotą, która myli perony, bo niepodpisane, udało mi się nie wylądować pół Polski dalej.

Dobrze mi, bo piszę bloga, z którego nareszcie jestem zadowolona. W którym porzuciłam wszystko, co dotychczas torowało mi drogę do bycia z siebie dumną. Nie wyznaczam już sobie sztywnych ram, nie uważam na każde słowo, nie porównuję długości wpisów, nie przywiązuję już do estetyki tekstu takiej uwagi, jaką przywiązuje się do higieny stołu operacyjnego przy przeszczepie serca. Bo wreszcie zdecydowałam się ukryć to miejsce przed znajomymi. Niezależnie jak lubią czytać, co napiszę, czuję, że potrzebowałam tego poczucia anonimowości, tego świeżego kontaktu z czytelnikiem, przelewania myśli na niezapisaną kartkę. Teraz mogę wyżywać się do woli.

Dobrze mi, bo na talerzu w kuchni piętrzy się stos drożdżowych rogalików z budyniem czekoladowym. Zjadłam już ich tyle, że nie czuję niedosytu. Chwalę siebie za to, że udało mi się nie przejść i teraz mnie nie mdli. Chwalę mamę za to, że jak zwykle upiekła je idealne, w najbardziej szlachetnym tego słowa znaczeniu. Ani za twarde, ani za suche, ani za mało bogate w środku, tak, że ciasto, lukier i nadzienie miesza się w ustach w kolejny cud świata.

Dobrze mi, bo widzę wokół siebie ludzi, którym ufam. Nie wiem czy mogę, nie wiem czy warto, nie wiem, czy popycha mnie ku nim tylko zwykła, młodzieńcza naiwność, ale póki świat jest dla mnie łaskawy, pozwalam sobie na ten przywilej, bycia głupią. Pozwalam sobie na patrzenie głęboko w oczy, na wyjawianie tajemnic, na otwieranie się, ujawnianie wszystkich swoich odchyłów. Nawet jeśli świat jest tak czarny jak mówią, a oni wszyscy nie są tego warci, robię głupią minę do złej gry. Obejmuję ich ramieniem starając się, by moja wiara w ludzi nie gasła, bo póki co dobrze nam się razem idzie przez świat.

Dobrze mi, że się uśmiecham. Że uśmiecham się bardzo szeroko, bardzo znienacka, wywalając na światło dzienne krzywe zęby, których, mimo pełnej świadomości, że każdy szarpie się w inną stronę, nie zdążyłam znienawidzić. Wyginam usta w łuk za każdym razem, kiedy przypomina mi się zabawny fragment filmu, gdy udzielam dobrej odpowiedzi na pytanie, gdy od tak, po prostu nauczycielka głaszcze mnie po głowie, a ja czuję delikatność i ciepło jej dłoni. Uśmiecham się, choć niektórym próbuje się to nie podobać, uśmiecham się, bo nie musi mnie to obchodzić.

***

Dobrze mi z tym, że mogę zastanawiać się, czy potrafiłabym zabić człowieka. Czy potrafiłabym zabić siebie, czy ktoś mógłby aż tak zniszczyć moją psychikę. Czy w obliczu zagrożenia mogłabym zdradzić przyjaciela. Poświęcić kogoś dla własnego dobra. Rzucić w kąt ideały, żeby wyjść na swoje. Czy w krytycznej sytuacji stałabym się potworem, czy umocniłyby się idealistyczne zapędy. Czy byłabym tchórzem, czy każdy byłby tchórzem, ile palców musieliby mi odciąć, żeby rozprostować język. Czy kiedyś mogłabym przejść ze śmiercią na porządek dzienny, zasypiać spokojnie słysząc krzyki za ścianą, czy w pewnym momencie spróbowałabym chwycić za broń i cokolwiek by nie było, pójść do lasu, siłą wyrywać swoje. Dobrze mi z tym, że mogę sobie to wyobrażać. Że mogę tylko tyle i wyłącznie tyle.

Siedziałam wczoraj na wykładzie o żołnierzach wyklętych. Nie brakowało rozważań o moralności,  prób patrzenia na czyny ludzi z perspektywy człowieka lat czterdziestych, którym mało kto na sali był. Dużo przypuszczeń, dużo analizowania sytuacji, trochę faktów historycznych, które – wstyd lub nie się przyznać – wzbogaciły moją wiedzę o pięćdziesiąt procent więcej niż kiedykolwiek szkoła. Nie było natomiast oceniania. Wychodząc czułam, że coś stamtąd wynoszę.

I tyle wyniosłam. Że mam szczęście, kiedy tyle cudownych rzeczy dzieje się wokół mnie.. Kiedy mogę czerpać ze świata wszystkie jego blaski. Ale przede wszystkim dlatego, że jestem tą wyróżnioną, która jest głupia i nic nie wie. Która nie ma powodu, by być rozsądzana przez cudze i własne sumienie. Minuta ciszy.