My, szczęśliwi.

Dzisiejszy wpis będzie zbyt poważny na mnie, na mój wiek, choć paradoksalnie jest z nim mocno związany. Jeżeli ktoś czuje się zniesmaczony, ma w tej chwili czas, żeby uciec w zaświaty i pozwolić temu tekstowi istnieć jako lekkiej myśli przelanej w słowa.

Dobrze mi, bo znowu mogę chodzić po świecie w trampkach. Znowu w tylko i aż bluzie. Że z oddali, ale już – widzę wiosnę, widzę gimnazjalistów popalających przed pod drzewem, widzę kolejne stopnie wspinające się w górę termometru. Czuję cieplejsze powiewy i powracającą świeżość. Po zalegającym za oknem białym puszystym nie został nawet zapach, znów wiem, że ożywam, że ożywa świat wokół, że znów robimy coś innego niż tylko istnienie. Przemija wrażenie, że wszystko wokół zdechło i tylko pan Zdzisław co jeździ pługiem jakoś się trzyma. Upajam się samą myślą, że zbliża się piękne, zbliża się cieplejsze.

Dobrze mi, bo zdążyłam na stację i nawet nie na ostatnią chwilę. Wsiadłam gdzie trzeba, wysiadłam gdzie trzeba, wybrałam odpowiednie tory z odpowiednim pociągiem i nawet biletu złego nie kupiłam, czyli, że się spisałam. Sama więc sobie gratuluję, że choć generalnie bywam sierotą, która myli perony, bo niepodpisane, udało mi się nie wylądować pół Polski dalej.

Dobrze mi, bo piszę bloga, z którego nareszcie jestem zadowolona. W którym porzuciłam wszystko, co dotychczas torowało mi drogę do bycia z siebie dumną. Nie wyznaczam już sobie sztywnych ram, nie uważam na każde słowo, nie porównuję długości wpisów, nie przywiązuję już do estetyki tekstu takiej uwagi, jaką przywiązuje się do higieny stołu operacyjnego przy przeszczepie serca. Bo wreszcie zdecydowałam się ukryć to miejsce przed znajomymi. Niezależnie jak lubią czytać, co napiszę, czuję, że potrzebowałam tego poczucia anonimowości, tego świeżego kontaktu z czytelnikiem, przelewania myśli na niezapisaną kartkę. Teraz mogę wyżywać się do woli.

Dobrze mi, bo na talerzu w kuchni piętrzy się stos drożdżowych rogalików z budyniem czekoladowym. Zjadłam już ich tyle, że nie czuję niedosytu. Chwalę siebie za to, że udało mi się nie przejść i teraz mnie nie mdli. Chwalę mamę za to, że jak zwykle upiekła je idealne, w najbardziej szlachetnym tego słowa znaczeniu. Ani za twarde, ani za suche, ani za mało bogate w środku, tak, że ciasto, lukier i nadzienie miesza się w ustach w kolejny cud świata.

Dobrze mi, bo widzę wokół siebie ludzi, którym ufam. Nie wiem czy mogę, nie wiem czy warto, nie wiem, czy popycha mnie ku nim tylko zwykła, młodzieńcza naiwność, ale póki świat jest dla mnie łaskawy, pozwalam sobie na ten przywilej, bycia głupią. Pozwalam sobie na patrzenie głęboko w oczy, na wyjawianie tajemnic, na otwieranie się, ujawnianie wszystkich swoich odchyłów. Nawet jeśli świat jest tak czarny jak mówią, a oni wszyscy nie są tego warci, robię głupią minę do złej gry. Obejmuję ich ramieniem starając się, by moja wiara w ludzi nie gasła, bo póki co dobrze nam się razem idzie przez świat.

Dobrze mi, że się uśmiecham. Że uśmiecham się bardzo szeroko, bardzo znienacka, wywalając na światło dzienne krzywe zęby, których, mimo pełnej świadomości, że każdy szarpie się w inną stronę, nie zdążyłam znienawidzić. Wyginam usta w łuk za każdym razem, kiedy przypomina mi się zabawny fragment filmu, gdy udzielam dobrej odpowiedzi na pytanie, gdy od tak, po prostu nauczycielka głaszcze mnie po głowie, a ja czuję delikatność i ciepło jej dłoni. Uśmiecham się, choć niektórym próbuje się to nie podobać, uśmiecham się, bo nie musi mnie to obchodzić.

***

Dobrze mi z tym, że mogę zastanawiać się, czy potrafiłabym zabić człowieka. Czy potrafiłabym zabić siebie, czy ktoś mógłby aż tak zniszczyć moją psychikę. Czy w obliczu zagrożenia mogłabym zdradzić przyjaciela. Poświęcić kogoś dla własnego dobra. Rzucić w kąt ideały, żeby wyjść na swoje. Czy w krytycznej sytuacji stałabym się potworem, czy umocniłyby się idealistyczne zapędy. Czy byłabym tchórzem, czy każdy byłby tchórzem, ile palców musieliby mi odciąć, żeby rozprostować język. Czy kiedyś mogłabym przejść ze śmiercią na porządek dzienny, zasypiać spokojnie słysząc krzyki za ścianą, czy w pewnym momencie spróbowałabym chwycić za broń i cokolwiek by nie było, pójść do lasu, siłą wyrywać swoje. Dobrze mi z tym, że mogę sobie to wyobrażać. Że mogę tylko tyle i wyłącznie tyle.

Siedziałam wczoraj na wykładzie o żołnierzach wyklętych. Nie brakowało rozważań o moralności,  prób patrzenia na czyny ludzi z perspektywy człowieka lat czterdziestych, którym mało kto na sali był. Dużo przypuszczeń, dużo analizowania sytuacji, trochę faktów historycznych, które – wstyd lub nie się przyznać – wzbogaciły moją wiedzę o pięćdziesiąt procent więcej niż kiedykolwiek szkoła. Nie było natomiast oceniania. Wychodząc czułam, że coś stamtąd wynoszę.

I tyle wyniosłam. Że mam szczęście, kiedy tyle cudownych rzeczy dzieje się wokół mnie.. Kiedy mogę czerpać ze świata wszystkie jego blaski. Ale przede wszystkim dlatego, że jestem tą wyróżnioną, która jest głupia i nic nie wie. Która nie ma powodu, by być rozsądzana przez cudze i własne sumienie. Minuta ciszy.

Advertisements

One thought on “My, szczęśliwi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s