Chaos

Antykobiecie, czysto teoretycznie rozcięto głowę. Tylko fantazjujemy, więc nie zastanawiajmy się kto, w jakich okolicznościach i w jakim celu, a już na pewno nie pozywajmy za to nikogo do sądu. Rozcięto. I z tejże głowy, potężną falą wypłynął cały absurd i cały chaos tego świata po czym opanował ziemię od jednego bieguna, do… No dobra. Może trochę poważniej.

ONI
Pytają o ręce. Spoglądam na nie i uświadamiam, że to nie tak, że robię sobie dziary długopisem. Że te wszystkie słowa napisane od palców, przez nadgarstki, niemal po łokcie to notatki. Z całego dnia. Lub dwóch poprzednich godzin, różnie to bywa. Zapiski co zrobić następnego dnia, co przynieść, co sprawdzić, komu zapłacić, kogo zapytać, o czym poinformować, o czym pomyśleć i o której godzinie. Pytają, czy nie szkoda mi skóry, czy to się w ogóle zmywa. Zmywa się, owszem, tak na trzeci dzień, więc przez kolejne trochę prześwituje. Spod tych nowych. Bo codziennie trzeba nowe. Nie ma że boli.

Interesują się gdzie mój mózg. Czy aby na pewno go mam, czy mi przypadkiem nie wypadł, nie roztrzaskał się o ziemię w drodze do szkoły i tyle go widziano. Z troską w oczach, bo bez niego podobno żyć się nie da. Uspokajam ich, stwierdzając, że raczej nie, że jeśli już to najprawdopodobniej nigdy go tam nie było, albo kiedyś rzuciłam go gdzieś w kąt i zapomniałam wsadzić z powrotem. No właśnie. Pytają, czy czasami zdarza mi się o czymś pamiętać. Tak. Zdarza się czasami.

Zastanawiają się, co takiego ja robię, że o wszystkim zawsze wiem ostatnia, albo nierzadko nie wiem wcale. Gryzie ich, czy aż tak fascynujące wiodę życie, że na wszystko banalne, codziennie sprawy nie zostaje mi miejsca w głowie. Podpytują o tych muzyków. No wiecie, upadłe anioły rock &rolla, z którymi się szlajam po barach całymi nocami wyrywając co jędrniejsze dziewoje, żłopiąc najtańsze piwo i wciągając śmieszny biały proszek z brudnej deski klozetowej. Co? Nie szlajam się? Więc gdzie podziewa się cały ten czas, którego ciągle brakuje? Poprawiam, że nie w tym tkwi problem, nie w niedoborze minut, których mam mnóstwo i jeszcze trochę, ale w tym. W dekoncentracji. W moim chaosie.

CHAOS
Po latach współżycia przeszliśmy ze sobą na ty i nawet idzie nam się dogadać. Nawet. Może inaczej – akceptujemy się nawzajem tak jak z czasem zaczyna się akceptować garba na nosie i prawa natury. To ten rodzaj toksycznej relacji, na który godzisz się, bo A) nie masz pojęcia jak się z niej wydostać, B) czujesz, że ona w pewnym stopniu definiuje ciebie. I tak to, choć pragnę nienawidzić go z całego serca, ilekroć ściąga mnie w dół, próbuje podcinać skrzydła, prześladuje mnie myśl, że pozbywając się go, wyrwałabym sobie serce. Tymczasem gdy bez skrzydeł jakoś się pociągnie, bez serca ponoć żyje się nieszczególnie.

My. Podobni tacy jesteśmy. Wystarczająco mocno, by chcieć doszukiwać się podobieństwa, za mało, by je znaleźć, choć w rzeczy samej – chaosu w naszej rodzinie zawsze było aż nadto. Nikt nigdy się go nie pozbył. Jako obronę przyjmuję fakt, że przeżyliśmy.

Łączy nas to, że bardzo wiele skupiamy wewnątrz. Zbyt wiele chcemy przeżywać naraz, by czasami czegoś nie uronić, by coś nas nie minęło. Zachłanni jesteśmy i w tej zachłanności staramy się dotknąć nieba. Tu i natychmiast wydobywać sedno wszystkich emocji, które gdzieś w nas się tlą, opanować miliardy sprzecznych myśli plączących się wte i wewte po głowie, robiących zamieszanie. Próbujemy połknąć świat w całości, nie dławiąc się przy tym. Nie z ambicji, raczej z potrzeby doświadczania, odczuwania każdej chwili, ciągłego analizowania, ciągłego szukania sensu w jego braku lub odwrotnie. Nawet jeśli nie ma po co. Zazwyczaj nie ma po co. Jednak my wciąż pragniemy widzieć w tym cel, który pobłogosławiłby wszystkie te przeszkody. Nie błogosławi.

I W KOŃCU…
Ja. Lśniące gwiazda całego demonicznego uniwersum. Uosobienie całego tego zagmatwania przejawiającego się gdzie popadnie, w pobazgranych zeszytach, w potarganych włosach, w trzydziestu kubkach na biurku, w notorycznie nadwyrężanej cierpliwości ludzi z otoczenia. W zapomnianych myślach, w zapomnianych słowach, w przerwanych wątkach w środku zdania i w miliardzie wtrąceń rozchodzących się na kolejne gałęzie, kolejne refleksje. Tym jestem. Chaosem. Nieobecnym w miejscu i czasie. Sprzeczność kryje się natomiast w łagodności. W spokoju. Niekiedy nawet w lekkim otępieniu. Jednak musicie wiedzieć, że kiedy zdaje się, że tego dnia mój rozum zaliczył reset, bo nie reaguję nawet na „wytnijmy Antykobiecie wątrobę”, to wcale nie jest tak, że coś mi nie łączy. Ja myślę. Myślę trochę za dużo.

Mówisz, że jestem trochę nieogarnięta. Odpowiadam, że stanowczo za mało powiedziane.

Advertisements

2 thoughts on “Chaos

  1. Socjopatka.pl

    Ja odczuwam nawet lekki chaos w tym wpisie, ale ma to pewien urok, gdy czyta się zdanie po zdaniu. Podoba mi się ta nabazgrana ręka. Sama kiedyś pisałam różne kwestie, aby nie zapomnieć. Może nie tak wiele, ale co jakiś czas zdarzało się 😉

    Lubię to

  2. herbivicus

    Naprawdę świetny tekst pod względem takim (w moim chaosie nie umiem znaleźć odpowiedniego słowa)… pośmienniczym? Czytelniczym? No nic, po prostu bardzo fajnie się go czytało i bardzo podoba mi się Twoja nutka ironii, Antykobieto. Sama jestem człowiekiem-sarkazmem kiedy trzeba.
    Jeśli chodzi o chaos, w pewnym stopniu też nim jestem, chociaż moja dusza perfekcjonisty próbuje go uporządkować. Ale wystarczające uporządkowanie to 10 kubków po herbacie ustawione w równym rzędzie na biurku, także spokojnie to godzę.
    Bardzo rozbawiłaś mnie ostatnim zdaniem.
    Wiesz co? Jesteś świetna.
    Pozdrawiam, herbivicus.blogspot.com

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s