Zaślepieni.

Uwaga, człowiek. Uwaga, delikatne treści. Nie przejedź, omiń. Nie potrąć, uważaj. Nie zabij, otwórz oczy, to żywe, to myślące, to podobne do ciebie, wbrew pozorom podobne. Włącz sumienie jak już jedziesz. Z nim wszystko lepiej widać.

I znów jestem taka mała, bezbronna, znów nic niemogąca. Zła na świat marszczę brwi, między brwiami zbiera się skóra, krzyżuję ręce, tupię nogą, mówię, że nie można, jakbym to ja tu wydawała rozkazy, a ludzie ich słuchali. Nikt nie przystanie, nikt nie odwróci głowy w moją stronę, nie dziwie się, w sumie się nie dziwię, bo tak naprawdę nikt nie lubi patrzeć jak sam depcze swoją dumę.

Najpierw słyszę śmiech. Głośny, gromki, pojawił się znikąd. Chwilę później czuję gorycz w ustach i krew płynącą szybciej, tłukącą zapamiętale o ściany tętnic. Widzę jego. Widzę jak leży na ławce w zmechaconym swetrze, nie widzę twarzy schowanej w ramionach. Kilka butelek wala się obok, nie wiem czy jego i nie wiem czy śpi, chciałabym, by spał i żeby nie słyszał. Słońce pada tak, że z daleka można go nie zauważyć, ale oni są blisko. Wystarczająco blisko, to nie światło ich teraz oślepia.

Chcąc nie chcąc wpadam w ironiczny ton, choć nie lubię. Brawo. Pośmiejcie się. Przecież to nie człowiek. To nie żywe, to nie oddycha, nie myśli, nie czuje. To tylko żul, to tylko pijak, to tylko kilka nadmuchanych ubrań, można się śmiać, można szydzić, przecież to nieurodzone, gdzieś we mnie dusza płacze, krzycząc „Jak możecie?”.

Im bliżej jestem ludzi, tym bardziej czuję się jedną z nich. Im bardziej staram się ich zrozumieć, tym bardziej rozumiem siebie, to pozwala mi trzymać się na dwóch nogach, to pozwala czuć się lekko. Dzięki temu mogę marzyć, odrywać się od ziemi, dzięki temu, że tutaj, teraz nie trzyma mnie za kostki własne sumienie. Potrafią otworzyć się na wiele. Bardzo wiele, wiele wytrzymać, wiele zaakceptować, choćby było trudno. Dążę do tego cały czas, tłukę uprzedzenia gołymi pięściami bez cienia litości. Jednak nie chcę, nie wybaczę braku szacunku i braku człowieczeństwa. Nie wybaczę umysłowej ślepoty i zadawania bólu. Nie otwieraj ust, nie tłumacz się, nie, nie można, ktokolwiek by to nie był.

Dobrze jest mieć zasady. Dzięki nim masz pod nogami pewny grunt, panujesz nad życiem, zawsze bardziej niż gdyby nie było ich wcale. Dzięki nim możesz wiedzieć dokąd zmierzać, możesz nawet iść na ślepo, ale przynajmniej nie zedrzesz kolan na każdym zakręcie. Problem pojawia się wtedy, gdy rola tych zasad kończy się na istnieniu w twojej głowie, kiedy nie stawiasz ich obok postępowań, nie starasz się porównać, nie konfrontujesz z rzeczywistością. Wtedy możesz strzelać do ludzi i mówić, że za sprawiedliwość.

Nie, nie będę. Nie, nie stawiam sobie wewnętrznego przyzwolenia, na drwiny z bezdomnego śpiącego na chodniku, nawet alkoholika, nawet zaczepnego, mimo wszystko człowieka. Na opowiadanie oraz śmianie się z żartów o holocauście i żydach palonych w piecach. Na obrzucenie gnojem internetowego twórcy, który wbrew pozorom nie jest literką na blogu, ruchomym pikselem, strzępkiem elektryczności, który chowa się do gniazdka, gdy wyłączysz komputer. Nie pozwalam sobie na zabicie w sobie człowieczeństwa, być może kiedyś zapomnę, może mi się zdarzy, wszyscy popełniamy błędy. Nie zgadzam się jednak na tłumaczenie ich czymkolwiek. Żeby żyć, trzeba jeść, pić, oddychać, wydalać. Żeby być człowiekiem wśród ludzi, trzeba więcej. Trzeba szacunku.

Uwaga – człowiek. Nie najedź mu na palce.

Success story.

Brat zapuszcza bokobrody, mama ćwiczy jogę w kierunku słońca. Tata gra w grę, ja słyszę, że zrujnuję sobie życie. Że się zmarnuję, że zasługuję na więcej, że nie mam ambicji i że będę jeszcze płakać. Że już płaczę, o tutaj, patrz, łezka, nie chcą zrozumieć, że to od ziewania, bo ile można słuchać tego samego, że skończę pod mostem. Jak nie zacznę w siebie wierzyć i więcej od życia wymagać.

Zawsze byliśmy statyczni, zawsze oderwani od świata. Nie wpisujemy się w tę epokę, nie wpisywalibyśmy się w żadną poprzednią, zbyt mocno trzymamy głowy na karkach, by kogokolwiek za to winić. Są postawy, które nigdy będą się klikać. Nie mamy na świecie pewnego miejsca ani punktu zaczepienia. Nie skarżę się. Nie uwznioślam tutaj niczyjej wyjątkowości, przedstawiam fakt stały, niezaprzeczalny, potrafiący dać po mordzie, ostatecznie akceptowany. Nam zawsze będzie trudniej osiągać szczyty. Inna sprawa, czy koniecznie mamy zamiar to robić.

Mama mówi, że nigdy nie chciała iść do szkoły średniej. Tak, nawet do liceum. Tak, dziś czuje, że popełniła błąd pchając się do klasy ogólnej i na studia biologiczne. Że chciała iść do zawodówki, nauczyć się przycinać włosy i tyle.  Małe ambicje? Brak wiary w siebie? Głupota? Chciała założyć rodzinę. Mieć dzieci. Gotować obiad, zarabiać prosto u uczciwie. To miał być jej sukces.

Uchodzę za osobę mało ambitną. Za taką, która to do wszystkiego z obojętnością, której nie zależy, oderwanej od spraw ważnych, przyszłościowych. Jest w tym ziarno prawdy, tylko ziarno, bo problem tkwi w tym, od której strony patrzysz. Nie zabiegam, nie domagam się. Nie pnę się na sam szczyt ani na pogórza. Nie patrzę wysoko, nie stawiam sobie daleko idących wymagań. Nie lubię prostoty w sztuce, uwielbiam w życiu. Pociąga mnie życie prostego człowieka, za bycia jagnięciem, marzyłam o tym, by podlewać kwiatki na balkonie i smażyć naleśniki, tylko tyle, aż tyle. Kompleks biednego dzieciaka? I naprawdę nie chcesz od życia więcej?

Moim rodzicom zawsze powodziło się na styk. Na styk pieniędzy rozdzielonych między wydatki, na styk wykształcenia na dostanie się do pracy, na styk pracowitości, wystarczająco, by utrzymać się przy życiu, ale nigdy więcej. Nigdy nie opływaliśmy w luksusy, oni ciężko pracowali, ja odpłacałam byciem dzieckiem spokojnym i niekonfliktowym. Mieszkaliśmy w lichej kamienicy, nosiliśmy liche ciuchy, jedliśmy liche żarcie, nigdy nie przywiązywaliśmy do tego wagi, nigdy nie czuliśmy się gorsi od innych. W naszym domu zawsze było dużo miłości, wsparcia, zrozumienia, żółtego sera i pustych płyt CD. To nam wystarczało.

Mogli wziąć nadgodziny. Poszukać lepszej pracy. Zabiegać, dorabiać, szukać po znajomościach, pewnie by znaleźli, ale do tego trzeba chęci. Gdyby plan istniał i gdyby wypalił, mogliby kupić ładniejszą kanapę. Lepsze buty. Przenieść się w okolicę, po której wieczorem nie chodzi się z duszą na ramieniu., Mogliby. Zamiast tego graliśmy w scrabble, piekliśmy placki z jabłkami, dużo się przytulaliśmy. Byliśmy szczęśliwi choć teoretycznie mogło być „lepiej”.

Marzę, by osiągnąć w życiu sukces. Nadal na niego liczę, nadal pracuję, nadal się uczę. Mam dużo czasu, by po niego sięgać, nie wiecie ile, a ja wam nie powiem, pozostańcie przy tym, że jak stąd do zawsze. Tyle jest jeszcze dni, tyle godzin, żeby przenosić góry, żeby wspinać się na sam szczyt świata. Marzę, by osiągnąć sukces i idzie mi dobrze. Im sumienniej dążę do spełnienia, tym ostrzej rysuje mi się jego obraz, widzę je coraz wyraźniej, teraz łatwiej będzie trafić. Coraz mniejsze stają się dotychczasowe troski, coraz mniej rozumiem zabieganie dla zabiegania, osiąganie dla osiągania, próby czerpania satysfakcji niepoprzedzane satysfakcją z podejmowania wyboru. Coraz świadomiej staram się rozsądzać, dopuszczam głos serca i rozsądku.

W księgarniach szczypią mnie w oczy poradniki jak osiągnąć sukces. Wezmą za rękę, poprowadzą, wytłumaczą co i jak, ustawią plan dnia, dietę, znajomości. Powiedzą jak mam ułożyć życie, by osiągnąć swój… swój? Cel?. Skąd mogą wiedzieć, w którą stronę idę?

Jestem wypaczoną idealistką. Nauczono mnie, by największą wagę przykładać w życiu do ludzi i do marzeń. Dążę do zatrzymania w sobie człowieczeństwa. Do tego, by nie dać się zgnieść sile nacisku tych którym wydaje się, że mogą ułożyć świat. Do bycia uczciwą, uprzejmą, tolerancyjną. Do niezadawania bólu. Do niezapominania o szacunku, zbudowania twardego kręgosłupa moralnego, trzymania się go. Do bycia dobrym człowiekiem na tyle, na ile będę w stanie tej dobroci z siebie wycisnąć. Do życia w zgodzie z samą sobą, choćby niebo waliło się na łeb.

Naszą wspólną ambicją jest zamieszkać na końcu świata. Sprzedawać plecionki, siedzieć na słońcu, słuchać jak morze szumi. To byłby nasz sukces.

Porządkując zapomniane.

Sprzątam. Nawet Antykobiecie czasem się zdarza. Życie w nieporządku, jakkolwiek oswojone, przestało być praktyczne, stało się więc uciążliwe, a to pierwszy i najsłuszniejszy powód, by coś z tym zrobić. Otwieram więc wszystkie zamki i pewnym ruchem wyciągam na dywan swoje życie. 

Robię research tego co u mnie. W szafach, w szufladach w głowie. Odkopuję miliony wspomnień szwendających się po kątach, zbieram resztki dawnych planów rozsypane tu i ówdzie, prawie zapomniane, prawie przedawnione, dużo ich na dowód zmienności i pamiątkę po chwilowym entuzjazmie. Porządkuję wszystko po kolei, układam na swoje miejsca, w ostatniej fazie wiosennej odwilży, pozwalam, by stopniało to co we mnie niepotrzebne.

Kolorowe kartki, mieliśmy pisać list. Do kogo? Do pisarki. Co w nim miało być? Nie pamiętam. Nigdy nie napisałam pierwszego zdania, podobnie jak żadnego z kolejnych, nigdy nie zakleiłam koperty, które też była i też przepadła, nie poszłam na pocztę, nie czekałam ze zniecierpliwieniem, czy odpisze, czy da choćby znak, że doszło. Dlaczego w końcu tego nie zrobiłam? Nie pamiętam. Zbyt niewyraźne te wspomnienia od plątania się pod nogami, zbyt owite kurzem, zbyt zniszczone wolą czasu, coraz mniej z nich można odczytać, coraz mniej mi zależy, by się dało. Została z tego tylko ciekawostka, jedna z kilku, które mogę opowiedzieć. Nigdy nie stała się dużym wspomnieniem, może i szkoda, tego prawdopodobnie już się nie dowiem, choć w każdej chwili mogłabym to zmienić – Kobiecina jeszcze żyje.

Rysunki. Kiedyś mówili mi, że będę rysować, nie wierzyli, że mogłoby być inaczej. Ołówek w dłoni zawsze trzymałam lekko, lżej niż wielu innych. Zawsze gdy dotykałam kartki, robili duże oczy, pamiętam je dokładnie, ile w nich było zachwytu, ile zazdrości, ile z kolei w moim sercu czystej satysfakcji i pewności siebie. Pamiętam jak mile łechtały moje ego wszystkie komplementy, jeszcze na długo przed tym jak udało mi się je okiełznać. Myśleli, że tą właśnie drogą pójdę, tym mnie definiowali, wróżyli, że życie pokieruje mnie w stronę artyzmu, i tu wywróżyli dobrze, z tym, że z duchem minimalizmu kolory i kształty przełożyłam pod litery, one stały się dla mnie sztuką. To pierwsze poszło w zapomnienie i do dziś tam siedzi. Tak naprawdę ani przez moment nie chciałam rysować.

Zdjęcie. Na zdjęciu ona. Miała jakieś imię, jeszcze je pamiętam, takie samo jak moje, w przeciwnym razie zapewne już dawno wypadłoby mi z głowy, w końcu nie widziałyśmy się tyle czasu. Podzielił czas, podzieliły kilometry, kolej rzeczy, bieg życia. Podzieliły nas różnice, podzieliły zmiany. Czy żałuję? Chyba nie. Okruchy przyjaźni zamiotłam na szufelkę, kiedyś były, teraz już ich nie ma. To było dawno temu, trochę ją pamiętam, poszczególne gesty, wyrwane z kontekstu cechy, osierocone kadry, kosmyk włosów opadający na twarz, sięgający brody. Pamiętam też, że wieki temu, gdy odjeżdżałam powiedziałam, że będziemy się widywać  co tydzień. Nigdy później jej nie zobaczyłam.

Miliony upadłych planów. Zbyt wiele by o nich pisać, wszystkie oparzone pięciominutową motywacją. Kilka z nich nie miały prawa zaistnieć, już nawet nie żałuję. Kilka nie było dla mnie, teraz o tym wiem, teraz już rozumiem. Wiele spało pod znakiem zapytania, pora je wyrzucić, pora się ich pozbyć. Zbyt długo zagracały przestrzeń, zagarniały miejsce w głowie, zbyt długo miałam nad nimi wątpliwości. Robię porządek, pozbywam się niewypałów. Koniec.

Jedno zostało, jedno ma jeszcze szanse. Kupić latawiec, czekać na wiatr, pociągnąć za rękę, pójść na puste pole i patrzeć jak kolorowe wstążki powiewają na wietrze. Pewnie o tym zapomniała, wkrótce jej przypomnę. Tego jednego drobiazgu sobie nie opuszczę, z tego musi urodzić się wspomnienie. 

Anna Gavalda x3

Lubię czytać. Preferuję typ o banalnej fabule, niejednoznacznych bohaterach i mocnym przesłaniu. Bez wielkich romansów, bez wstrząsających zbrodni. Proste historie. Prości ludzie. Prosty morał, dotykający spraw bliskich mnie, spraw społecznych, międzyludzkich. I kiedy jeszcze autor wie jak robić to piórem, gotowa jestem dać w zastaw swoją parę trampek. Będzie o Gavaldzie.

Ostrzeżenie płatne: Recenzent ze mnie żaden. Jakkolwiek szczerze chciałabym opowiadać tutaj o książkach, filmach, serialach, szeroko pojętej kulturze, tak opisywać tego wszystkiego nie umiem ni cholery. Prawdopodobnie za dużo chcę, za dużo, bo więcej niż opis fabuły, ilość stron, ocenę od zera do dziesięciu. Prawdopodobnie w tym tkwi mój problem. Na przekór słabościom wyciskam z siebie jednak wszystkie soki i wystawiam na świat swoją nieporadność. Niestety. Tego nie odpuszczę.

Możliwe, że powinnam w tym miejscu wspomnieć coś o autorce, ale jestem absolutną ignorantką i brak mi krzty zapału, by znaleźć o niej jakiekolwiek informacje poza tym, co już wiem, a wiem tyle, że pochodzi z Francji, co mnie osobiście nie mówi nic. Nie traktuję czytania za pasję wystarczającej wagi, by mieć w tym temacie jakiekolwiek rozeznanie. Odsyłam w internet po więcej. Wyguglujcie se.

„OSTATNI RAZ”
Miewacie czasem dni, w których niebo wali wam się na łeb? W których trawa na podwórku leje was po twarzy, wszystko co martwe i żywe próbuje rozszarpać w strzępy wasze nerwy? Miewacie dni, gdy deszcz jest zbyt mokry, powietrze zbyt lekkie, światło zbyt jasne, ciemność zbyt czarna, ludzie zbyt żywi? Miewacie? Książka Ostatni Raz mogłaby być doskonałym antidotum na wszystkie zła tego świata, gdyby nie to, że jest tylko książką i niewiele może. Opowiada historię czwórki rodzeństwa, które w w ogóle nie przełomowym dniu swojego życia postanawia ostatni raz walnąć dorosłość w cholerę i spędzić jeden dzień tak, jakby czas zatrzymał się w miejscu. Co jest w tej książce takiego? Miłość. Ciepło. Piękno. Szczęście. Tak dużo szczęścia, że zechce wam się ryczeć. Jest bardzo krótka, prosta, napisana przystępnym językiem.

„PO PROSTU RAZEM”
Na podstawie tej książki powstał film, który jest do niczego. Nie zasilam szeregów bibliofaszystów, którzy zawsze stawiają powieść ponad ekranizację – daje równe szanse, może dlatego, że czytać kocham równie mocno jak oglądać. Niemniej jednak, jeśli chce się jakkolwiek porównywać film do książki, to pierwsze liże beton. Za mało w nim tego, co tak piękne w powieści. Po prostu razem znów opowiada historię, którą można by streścić w kilku słowach. Trójka młodych ludzi. Dziewczyna, która sięgnęła wszelkiego dna, zagubiony w świecie arystokrata i znerwicowany kucharz. W wyniku najprostszych splotów okoliczności trafiają pod jeden dach, by wkrótce odkrywać przed sobą tajemnice przeszłości, uczyć się wzajemnie pewnych rzeczy, wspierać, oswajać ze światem. Różnice jakie są między nimi sprawiają, że pozwalają zabliźnić się ranom z dzieciństwa, wracają do życia i do normalności. Książka ta w odpowiedni dla Gavaldy sposób opowiada o tym, jak przeszłość potrafi ugnoić człowieka, jak długo i boleśnie potrafi się za nim ciągnąć. Pokazuje też jak wiele znaczy przyjęcie do życia właściwych osób i wywalenie na zbity pysk tych, którzy ciągną w dół. Lekka, mądra, wyjątkowa.

„POCIESZENIE”
Nie potrafię rozstrzygnąć, czy bardziej podobała mi się ta, czy powyższa. Pocieszenie jest pod wieloma względami powieścią wybitną. Czytałam ją długo, absolutnie nie dlatego, że jest nudna. Po prostu niektóre książki trudniej pogryźć. To zdecydowanie nie jest czymś, co można przelecieć wzrokiem i odstawić na półkę. To książka w której warto wczytać się w każde słowo, zastanowić się nad bohaterami i nad wątkami. Historia wciąż pozostaje prosta. Wypalony architekt wyraźnie czuje, że w jego życiu coś nie jest takie jakie powinno być. Pewnego wieczora dostaje krótki list, z którego dowiaduje się, że matka jego dawnego przyjaciela – kobieta Charlesowi niezwykle bliska – umarła. W pogoni za przeszłością konfrontuje się z tym, co już minęło na nowo poznając zmarłą Anouk jak i samego siebie. Spogląda na pewne sprawy z perspektywy człowieka dojrzałego, dzięki czemu udaje mu się dokonać w swoim życiu istotnych zmian. Powieść jest momentami napisana w sposób niemal liryczny. Bohaterowie są niezwykle wyraziści, relacje między nierzadko trudne i zagmatwane. Jednak podobnie jak we wszystkich innych książkach Gavaldy, w Pocieszeniu odznacza się refleksyjność. Cała rozkosz czytania opiera się na wgryzaniu się w historie i osobowości poszczególnych postaci, a specyficzne pióro autorki tylko dodaje powieści charakteru.

I tyle. Tu byłoby podsumowanie gdyby nie brak doświadczenia. Polecam gorąco. 
Enjoy.

Fruwając z marzeniami.

Mówi, że ma już nazwę dla pierwszego utworu. Pierwszego teoretycznie możliwego utworu na teoretycznie możliwej płycie teoretycznie mogącego zaistnieć zespołu. Jego zespołu. Tego, który kiedyś założy. Tego, który podbije świat, wstrząśnie w posadach ludzkimi duszami. Na razie ma nazwę, koncepcję, milion marzeń. My oboje mamy wielkie plany na wielką przyszłość. 

Siadam na trawie. Szum rzeki łagodzi zmysły, podmuchy wiatru porządkują myśli zbierające się w głowie. Słońce chylące się ku zachodowi ogrzewa moje ramiona, przejeżdżam dłonią po szorstkiej, psiej sierści i po raz kolejny ściska mnie w gardle, bo jestem szczęśliwa. Tu. Teraz. Przychodzi mi na myśl, że nie chcę tego zmieniać. Że już zawsze chcę siadać w cieni tych gałęzi. Chcę zawsze trzymać w dłoniach cały świat, przepuszczać czas między palcami, rzucać słowa w pustą przestrzeń między drzewa. Teraz będę wierzyć, że to nigdy się nie skończy.

Mamy wiele myśli biegnących daleko na przód, wiele dużych słów do powiedzenia. Jesteśmy oboje młodzi, pełni sił, pełni nadziei i pełni naiwności. Ona pcha nas dalej, ona każe nam planować swój świat od podstaw i ufać, że kiedyś to wszystkie szkice przejdą w trójwymiar, staną się prawdziwe.

Fruwamy w powietrzu na swoich marzeniach w równoległej rzeczywistości. Unosimy się lekko, tak lekko, na ile pozwalają nam nasze głowy pełne planów. Im więcej ich, tym mocniej ciągnie nas w górę. W naszych żyłach płynie czysty entuzjazm, płoniemy wolą zdobywania szczytów, wolą tak silną, że działając samodzielnie kruszyłaby mury i układała fale na morzu. Teraz jesteśmy silni. Nie do pokonania, nie do zatrzymania. Świat nam sprzyja, my sprzyjamy światu, wierzymy, że kolej rzeczy ułoży się po naszej myśli. Wierzymy w wiele. Teraz, otuleni promieniami słońca, wsłuchani w skowyt dzikiej natury, chcemy myśleć, że to my wydajemy przeznaczeniu rozkazy.

Fruwamy, być może już dawno powinniśmy zejść na ziemię. Być może przysługą byłoby poodcinać nasze sznurki, znów ściągnąć na stabilny grunt. Uświadomić, przypomnieć, że życie nie rzuca róż pod nogi, a nawet jeśli, to róże kują, a my chodzimy boso, bo jesteśmy tylko zgubionymi w świecie ludźmi. Przypomnieć, że zwycięzca jest jeden na miliard, więc szanse mamy małe. Że po drodze się płacze, że się wyje z bólu, że wszyscy skończymy na kabelkach w Indesicie. Moglibyśmy przyjąć to do wiadomości, moglibyśmy, inna sprawa, że niekoniecznie chcemy.

Na co dzień twardo stąpamy po ziemi. Na co dzień myślimy nawet trzeźwo, wiemy gdzie niebo, gdzie ziemia, wiemy gdzie granice i miejsce na zdrowy rozsądek. Wbrew pozorom w stopniu ograniczonym wiemy z czego świat się składa i, że nic nie bywa pewne. Że nasze wielkie plany to tylko bańki mydlane, które zawsze mogą prysnąć i często jedyne co możemy z nimi zrobić to ubierać w kolejne wzniosłe metafory.

Nie dziś. Dziś karmimy siebie szczęściem. Wsiadam na rower, pozwalam by wiatr rozwiewał mi włosy. By drzewa za nami stawały się coraz mniejsze, by w końcu zniknęły, by świat obok mnie migał w rozmytych kadrach, a przed oczami rozciągała się tylko prosta droga na przód. Wiosenna świeżość przesiąka przez skórę, bezgraniczna radość uderza do głowy. Tak wiele rzeczy, mogłoby to zburzyć. Tak wiele sceptycyzmu można by w to włożyć. Tyle nie jest tak jak teoretycznie powinno być, wystarczy to zauważyć. Wystarczy trzeźwo spojrzeć na świat, dodać mu trochę realizmu, dostrzec to, czego znarkotyzowane szczęściem oczy dostrzegać nie chcą.

Jednak dzisiaj jest święto. Dzisiaj chcemy wierzyć, że wszystko jest możliwe.

Na krańcu świata.

Dzisiaj modnie wywlec na światło dziennie swoją prywatność. Pokazać kawałek życia poza słowem, poza zdjęciami, poza kamerą. Uchylić rąbka tajemnicy, pochwalić się czym kto ma w zanadrzu. Jedni pokazują babcię, drudzy wyciąg z banku, inni waginę. Ja przedstawię wam skąd piszę. Trzeba iść w końcu z duchem czasu.

Mieszkam na wsi. To znaczy nie w małym miasteczku. Ani o mieścinie. Ani o drobnej miejscowości pod lasem. Mówimy tu o dziczy. Ciemnej, surowej, nieokrzesanej. Rządzącej się własnymi prawami, zatrzymanej w czasie. To tu na ulicach leży końskie łajno, psy latają bez kagańca, tutaj w piwnicach pędzi się bimber i chłop chłopa widłami zadźgał. Rozgośćcie się.

#LUDZIE
Jedyni w swoim rodzaju. Nie dowierzają technologii ani sukcesom nauki. Raz na jakiś czas ktoś umiera tutaj na drzazgę w palcu i na „co mi lekarz zrobi”. Powszechnie przyjmuje się, że gryzonie i pasożyty lęgną się z brudu, za wszelką cenę nie dopuszcza się jednak do świadomości, iż witamina C utlenia się pod wpływem temperatury, więc gotowany kartofel wcale nie jest niewyczerpanym źródłem wartości odżywczych.

Niektórzy mieszkańcy zwykli wiedzieć wszystko, co dziczy dotyczy. Nie wystawiając stopy poza próg drzwi, wiedzą kto z kim, kiedy i dlaczego. Tutaj informacja o czyimś zgonie dochodzi do osób trzecich i czwartych szybciej niż mail do rodziny z Kędzierzyna Koźle. Znam osoby, które lekko pociągnięte za język powiedzą ci wszystko. Kto się z kim kłóci, kto kogo zdradza, kto kupił nowy samochód, za ile, czy używany, kto dostał podwyżkę, czyja córka zaszła w ciążę, czyj syn emigruje z pracą, że żonie sołtysa farba do włosów skisła, a leśniczy zapuszcza wąsik.  Czasem nawet zdarza się, że któraś z tych informacji zawiera w sobie ziarno prawdy.

Poza tym ludzie tutaj są spokojni. Niekonfliktowi. Zapatrzeni na obszar własnego podwórka. Interesują się głównie swoimi sprawami. Zjeść. Wypić. Dorobić na lewo. Poszwendać się po lesie. Preferują proste rozwiązania problemów, przy użyciu środków perswazji typu siekiera  oraz święty spokój.

Są mocno zżyci z naturą. Tak. Większość myje się raz w tygodniu.

#ŻYCIE
Głównym problemem jest to, że wszędzie daleko. Mamy tu owszem drzewa, rzekę, chwasty, bydło opasowe i oryginalnych ludzi. Mamy również przystanek, teoretycznie przydatny, gdyby tylko przejeżdżał tędy choć jeden autobus, niestety nie przejeżdża i przystanek pozostaje tylko ciekawostką. Nie uświadczymy tutaj też ani jednego sklepu. Tak. Nawet takiego z z mąką, octem i chlebem z zeszłego tygodnia. Najbliższy siedem kilometrów od znaku miejscowości. Sąsiad ma dwa konie i bryczkę. Za ćwiartkę może podwiezie.

Żyjąc tutaj masz swobodę, również poza swoim żywopłotem. W miejscu, gdzie każdy ma zdrowo poryte we łbie, kolor butów niedopasowany do torebki nie zrobi na nikim najmniejszego wrażenia. Podobnie jak poplamiony dres. I tłuste włosy. I baba z brodą. Najczęściej jednak, jeśli nie będziesz pukać po domach to na nikogo się nie natkniesz. Możesz więc spokojnie kosić trawę w samym staniku. Bez obaw. U nas wszyscy tak robią.

Tutaj wszystko załatwisz. Młoda znad stawu obetnie ci włosy za pięć złotych, a szwagier sąsiada po starej dobrej znajomości odstąpi pół świniaka na święta. Zawsze znajdzie się też ktoś kto zrobi ci stół, skróci nogawki, odsprzeda pralkę za ćwierć ceny albo obije komuś mordę za paczkę fajek. Tutaj wszystko jest legalne, wszystko da się zrobić za darmo bądź półdarmo.. Pomyśl o tym, kiedy sąsiadka znowu będzie udawać, że bodaj chwilę temu zużyła cały cukier do ciasta.

I jeszcze coś. Cholerna. Jedna. Kreska. W porywie litości bóg zsyła dwie, ale za kompostownikiem, kilkaset metrów wgłąb lasu idzie jeszcze zadzwonić.

#NATURA
Cokolwiek by złego lub niejednoznacznego mówić – przepięknie to tu jest. Na tyle, by ciągle robiło wrażenie, na tyle, by lata spędzone na tęsknocie za miastem, życiem, ludźmi niosły ze sobą dozę wątpliwości, czy aby na pewno nie warto. I jednak zasypianie w ciszy i ciemności po pewnym czasie zaczyna mieć swoją cenę.

I na szczęście internet mamy tu niezły.

Koniec (?)

Wygasanie. Między rozmowami o wojnie, o terroryzmie, o ginących samolotach najbardziej boję się tego wygasania. Ze kogoś mi braknie, kogoś kto był obok zawsze. Niepokój drastycznie rośnie, gdy widzę, z daleka, że się zbliża. Ja. Taka samowystarczalna. Taka niezależna. Zagryzam zęby ze strachu.

Dotychczas wierzyłam, przyjmowałam, akceptowałam. Dotychczas traktowałam jako stały punkt w relacjach międzyludzkich. Teraz próbuję odrzucić tak jak organizm odrzuca organ transplantacyjny. Teraz chcę wyprzeć, zaprzeczyć, usunąć ze świadomości. Przekonać samą siebie, że potrafię być samolubną bestią, potrafię wyszarpywać pazurami swoje i tylko swoje. Nie jestem przy tym szczególnie wiarygodna.

O tym, że trwające długo, nie oznacza trwającego zawsze przekonywałam siebie od jakiegoś czasu. Próbowałam znaleźć granicę, do której warto bić się o więzi z drugim człowiekiem, dobrnęłam do bardzo wielu dużych stwierdzeń o wolnej woli, poszanowaniu wyborów, zdrowym rozsądku. Kiedy przychodzi mi zastosować to wszystko w praktyce, jak zwykle rzucam swoją filozofią o ścianę, jednocześnie mając na niej oko i starając się wyryć sobie na mózgu, że nic dla mnie nie znaczy. Jestem niezrównoważoną psychiczne, zakłamaną w sobie hipokrytką. Możecie to zapisać.

Ktoś odszedł. Nie odszedł daleko, bo przecież ciągle się widujemy. Widzę tę samą twarz, patrzę w te same oczy, nie patrzę tylko już tak głęboko jak kiedyś i przyłapuję się na tym, że coraz bardziej muszę tego spojrzenia szukać, żeby je wyłapać. Zabrakło. Jakiegoś śmiechu, czyjegoś głosu, drobnych szczegółów, które były i teraz nagle ich nie ma. Ubywało tego po woli, zwężała się nić porozumienia i zaczynało brakować słów, te z kolei najpierw nadrabiano, w końcu pominięto, jak gdyby wszystko pogodziło się z ich brakiem. Mnie nie dane. Wciąż dostrzegam lukę między nami. Co w niej było? Nie wiem.

Odruchowo popadam w stan, w którym zaczynam obwiniać siebie. Za coś. Za cokolwiek. Zadzieram łeb w tył szukając tego, co zrobiłam źle. Czego nie zrobiłam wcale, a może powinnam. Zadzieram łeb licząc, że coś znajdę. W końcu żadna ze mnie córka boska. Jednak w głębi duszy czuję, że winne to, iż nic nie trwa wiecznie.

Coś umarło. Umiera. Kto zabił? Wodzę wzrokiem szukając winnego, ale sala jest pusta. Czas? Czas nie wpływa bezpośrednio na wydarzenia, wpływać może natomiast na przedmioty i na człowieka. Czy czas mnie zmienił? Niewątpliwie. Na gorsze? Tego rozstrzygnąć nie potrafię. Chodzi o zmiany? Może. Wątpię, że zmiany w nas. Raczej zmiany w tym, co między nami. Coś się wypaliło, coś się wytarło. Coś być może trwało już wystarczająco długo, tyle ile trwać miało i teraz, teraz przychodzi nam jedynie świętować to co było z należytym szacunkiem. Zanim nadmucham balony, pozwolę sobie poczekać.

Nie naciskam. Nie naciskam, bo patrz kilka akapitów wyżej, nie potrafię zwężać pola widzenia do własnego podwórka. Być może jej dobrze. Nie chcę się narzucać, nie chcę tego burzyć. Nie chcę traktować, tego co otrzymałam jakby mi się bezwzględnie należało. Ostatecznie tu chodzi o człowieka. Człowieka z mózgiem, sercem i wyborem. Człowieka mi bliskiego. Nie chcę wpychać się z butami tam, gdzie już mają mnie dość.

Boli. Boli jak cholera. Dziś nie potrafię być szczęśliwa, dziś chcę sobie pozwolić na przetrzymanie tego żalu. Raz w roku można. Pielęgnuję w sobie ten ból, chcę go lepiej poznać. On wymusza na mnie myślenie, dzięki niemu jestem w stanie poukładać czarne myśli, zanim skupią się we mnie i zeżrą od środka. Nie chcę tego. Wierzę, że przejdzie, nawet jeśli nic nie wróci na swoje miejsce. Niech pocierpię. Nikt nie powiedział, że świat będzie się wiecznie ze mną pieścić.

Nadal liczę, że przesadzam. Nie potrafię myśleć inaczej. Dopuszczam do siebie tę słodką naiwność i wyjątkowo próbuję być tylko człowiekiem.