Success story.

Brat zapuszcza bokobrody, mama ćwiczy jogę w kierunku słońca. Tata gra w grę, ja słyszę, że zrujnuję sobie życie. Że się zmarnuję, że zasługuję na więcej, że nie mam ambicji i że będę jeszcze płakać. Że już płaczę, o tutaj, patrz, łezka, nie chcą zrozumieć, że to od ziewania, bo ile można słuchać tego samego, że skończę pod mostem. Jak nie zacznę w siebie wierzyć i więcej od życia wymagać.

Zawsze byliśmy statyczni, zawsze oderwani od świata. Nie wpisujemy się w tę epokę, nie wpisywalibyśmy się w żadną poprzednią, zbyt mocno trzymamy głowy na karkach, by kogokolwiek za to winić. Są postawy, które nigdy będą się klikać. Nie mamy na świecie pewnego miejsca ani punktu zaczepienia. Nie skarżę się. Nie uwznioślam tutaj niczyjej wyjątkowości, przedstawiam fakt stały, niezaprzeczalny, potrafiący dać po mordzie, ostatecznie akceptowany. Nam zawsze będzie trudniej osiągać szczyty. Inna sprawa, czy koniecznie mamy zamiar to robić.

Mama mówi, że nigdy nie chciała iść do szkoły średniej. Tak, nawet do liceum. Tak, dziś czuje, że popełniła błąd pchając się do klasy ogólnej i na studia biologiczne. Że chciała iść do zawodówki, nauczyć się przycinać włosy i tyle.  Małe ambicje? Brak wiary w siebie? Głupota? Chciała założyć rodzinę. Mieć dzieci. Gotować obiad, zarabiać prosto u uczciwie. To miał być jej sukces.

Uchodzę za osobę mało ambitną. Za taką, która to do wszystkiego z obojętnością, której nie zależy, oderwanej od spraw ważnych, przyszłościowych. Jest w tym ziarno prawdy, tylko ziarno, bo problem tkwi w tym, od której strony patrzysz. Nie zabiegam, nie domagam się. Nie pnę się na sam szczyt ani na pogórza. Nie patrzę wysoko, nie stawiam sobie daleko idących wymagań. Nie lubię prostoty w sztuce, uwielbiam w życiu. Pociąga mnie życie prostego człowieka, za bycia jagnięciem, marzyłam o tym, by podlewać kwiatki na balkonie i smażyć naleśniki, tylko tyle, aż tyle. Kompleks biednego dzieciaka? I naprawdę nie chcesz od życia więcej?

Moim rodzicom zawsze powodziło się na styk. Na styk pieniędzy rozdzielonych między wydatki, na styk wykształcenia na dostanie się do pracy, na styk pracowitości, wystarczająco, by utrzymać się przy życiu, ale nigdy więcej. Nigdy nie opływaliśmy w luksusy, oni ciężko pracowali, ja odpłacałam byciem dzieckiem spokojnym i niekonfliktowym. Mieszkaliśmy w lichej kamienicy, nosiliśmy liche ciuchy, jedliśmy liche żarcie, nigdy nie przywiązywaliśmy do tego wagi, nigdy nie czuliśmy się gorsi od innych. W naszym domu zawsze było dużo miłości, wsparcia, zrozumienia, żółtego sera i pustych płyt CD. To nam wystarczało.

Mogli wziąć nadgodziny. Poszukać lepszej pracy. Zabiegać, dorabiać, szukać po znajomościach, pewnie by znaleźli, ale do tego trzeba chęci. Gdyby plan istniał i gdyby wypalił, mogliby kupić ładniejszą kanapę. Lepsze buty. Przenieść się w okolicę, po której wieczorem nie chodzi się z duszą na ramieniu., Mogliby. Zamiast tego graliśmy w scrabble, piekliśmy placki z jabłkami, dużo się przytulaliśmy. Byliśmy szczęśliwi choć teoretycznie mogło być „lepiej”.

Marzę, by osiągnąć w życiu sukces. Nadal na niego liczę, nadal pracuję, nadal się uczę. Mam dużo czasu, by po niego sięgać, nie wiecie ile, a ja wam nie powiem, pozostańcie przy tym, że jak stąd do zawsze. Tyle jest jeszcze dni, tyle godzin, żeby przenosić góry, żeby wspinać się na sam szczyt świata. Marzę, by osiągnąć sukces i idzie mi dobrze. Im sumienniej dążę do spełnienia, tym ostrzej rysuje mi się jego obraz, widzę je coraz wyraźniej, teraz łatwiej będzie trafić. Coraz mniejsze stają się dotychczasowe troski, coraz mniej rozumiem zabieganie dla zabiegania, osiąganie dla osiągania, próby czerpania satysfakcji niepoprzedzane satysfakcją z podejmowania wyboru. Coraz świadomiej staram się rozsądzać, dopuszczam głos serca i rozsądku.

W księgarniach szczypią mnie w oczy poradniki jak osiągnąć sukces. Wezmą za rękę, poprowadzą, wytłumaczą co i jak, ustawią plan dnia, dietę, znajomości. Powiedzą jak mam ułożyć życie, by osiągnąć swój… swój? Cel?. Skąd mogą wiedzieć, w którą stronę idę?

Jestem wypaczoną idealistką. Nauczono mnie, by największą wagę przykładać w życiu do ludzi i do marzeń. Dążę do zatrzymania w sobie człowieczeństwa. Do tego, by nie dać się zgnieść sile nacisku tych którym wydaje się, że mogą ułożyć świat. Do bycia uczciwą, uprzejmą, tolerancyjną. Do niezadawania bólu. Do niezapominania o szacunku, zbudowania twardego kręgosłupa moralnego, trzymania się go. Do bycia dobrym człowiekiem na tyle, na ile będę w stanie tej dobroci z siebie wycisnąć. Do życia w zgodzie z samą sobą, choćby niebo waliło się na łeb.

Naszą wspólną ambicją jest zamieszkać na końcu świata. Sprzedawać plecionki, siedzieć na słońcu, słuchać jak morze szumi. To byłby nasz sukces.

Advertisements

One thought on “Success story.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s