Wpis Zbiorczy – Maj

Mam sztuczne drzewko, Zygfryda, bo inne nie przeżyje w pokoju bez okien. Mam też ogromnego balona dżdżownicę, podobno wygląda jak penis, stanowczo zaprzeczam, zaprzecza też zmieszana babcia, choć obie doskonale wiemy, że nie ma co się oszukiwać, przeszłam przez miasto z monstrualnym, dmuchanym dildo i nikomu nic do tego. Jestem z tym faktem i bez niego zupełnie szczęśliwa.

Nie sądziłam, że aż tak będę czekać na ten post, choć w tym momencie nie bardzo wiem o czym mam napisać, ale piszę, bo czekałam. Bo miliard razy zatrzymywałam się na myśli, że coś bym chciała pokazać bardzo i bardzo, jednak nie, jednak trzeba zostawić tutaj, tylko kilka dni, więc oto jesteśmy. Jak zwykle kilka drobnych spraw, dużo niepotrzebnych, dużo bzdur, trochę rzeczy, które urzekły i rozkochały, będziemy improwizować, a co, nie można?

Mamy lato, żar zewnętrzny zrównał się z żarem wewnętrznym, jest już prawie dobrze, ale nadal się dziwią, bo wiecie, niektóry to by cały rok w kurtce chodzili, takiej sprzed paru lat, co do kolan sięgała i brzydka była. Dziś słońce już nie było tak świeże, dziś słońce piekło w skórę, wyciskało z ciała kropelki potu, dziś słońce nie dawało energii, ale męczyło, dusiło, usypiało. W sensie, że jest lato, takie prawdziwe, już nie tylko w głowie, teraz już można narzekać, że za gorąco. Zaczął się sezon sukienek, bo ja tylko latem noszę, bo zimą trzeba rajstopy, a rajstopy to zło, szatan, schody do piekła, na szczęście już niepotrzebne, przyszło odsłonić blade nogi i cieszyć się garderobianym minimalizmem. W sensie że lekko. Teraz marzymy o strojach kąpielowych,  o piasku w majtkach, o glonach w staniku i jedzonych na brzegu rzeki herbatnikach, takich co już od wody nasiąknęły wilgocią.

Z tych drobnych-drobnych to kupiłam telefon. Nowy, bo poprzedni eksploatowałam tak bardzo i tak często, że aż zapomniałam gdzie ostatni raz go położyłam i przepadł bez śladu. Ja wiem, ja okropna jestem, że nie odbieram, że nie piszę, że ładuję raz na rok ruski, a doładowuję rzadziej, ale widzicie, ja jakoś nie mogę przywyknąć, że coś tak małego i błahego może być dla człowieka tak istotne. No więc ostatecznie zdecydowałam się kupić nowy i nie powiem, żeby nie było z tym problemu.  Anty dobrze radzi sobie z komputerami, gdyby była mądrzejsza to by była informatykiem, ale nie jest. Ogarnia troszkę bardziej niż inni, nie genialnie, ale zawsze. Bardziej w każdym razie niż telefony, do których za grosz ręki i za grosz cierpliwości. Okazuje się, że dostać normalny telefon to nie taki spacerek po osiedlu, trzeba siły i wytrwałości, bo chyba przestają produkować. Przez normalny telefon antykobieta rozumie rzecz jasna taki z guziczkami, dziewięcioma przyciskami i nietykalnym ekranem. Inne ją po całości przerastają, innych to się nawet boi. Za wiele tego, za skomplikowane, jeszcze zepsujesz, jeszcze coś klikniesz co nie trzeba, bo jak inaczej, skoro cała powierzchnia reaguje na dotyk? I tyle tego wszystkiego niepotrzebnego, po co to komu? Ale w końcu znalazłam. Za stówę, nie ma buziek w esemesach, ale chociaż nie dostanę perdolca. (A poprzednik znalazł się niemalże od razu, ale walnęłam za szafę, żeby nie było, że nie szukałam dokładnie.)

Poza tym miesiąc minął pod znakiem łażenia po dentystach i tępienia mrówek. O zębach to ja jeszcze nawet napiszę, nie będziemy się zagłębiać w temat, jeden zabolał i okazało się, że materiału starczyło na następne kilka wizyt, ale o tym wkrótce. Cięższa sprawa z mrówkami, zalęgło się tego wszędzie, obłazi co może i się nie pozbędziesz, tępi antykobieta ze znanym tylko sobie bóle, bo ma ostatnio do owadów dużo serca, no wiecie, pająki wyciąga z wanny, muchom daje latać i wszystko co ma zabić to zabija tak już do końca, żeby zwierze biedne nie konało w agonii tylko zakończyło żywot swój szybko i bezboleśnie. Także ten. Nikt nie obiecywał, że będę normalna. Ale naprawdę dużo tego dziadostwa się powylęgało.

Mamy czytania ciąg dalszy. Zwróciłam szczególną uwagę na dwie książki, pierwsza jest stara, powstał już film, wszyscy ją znają i wszyscy film widzieli, druga mi się o uszy nie obiła, ale ponoć był bestseller, nie wiem, ja o wszystkim zawsze dowiaduję się na końcu. Najpierw  była Przerwana lekcja muzyki i jej szaleństwa, książka, w której zasadniczo nic się nie dzieje, bardziej niż zwykle, to nie obraz akcji, ale obraz obserwowanej przez autorkę rzeczywistości, rzeczywistości dziewczyny, która trafiła do szpitala psychiatrycznego i próbuje ułożyć życie ze swoimi demonami. Chwycił mnie za serce jej styl pisania, chwilami jego wcale nie męcząca naukowość, wiecie, antykobietę jako umysł ścisły do naukowości zawsze trochę ciągnęło. No więc polecam jak ktoś równie w tyle. Druga powieść do Wiek Cudów czyli obyczajówka zahaczająca dość wyraźnie o science fiction, choć nie na tyle żeby zrazić do siebie osoby, które tego gatunku nie lubią, czyli na przykład mnie. Czysto społeczna symulacja końca świata. Rzecz ma się tak, że ruch obrotowy ziemi zwalnia, co sprowadza widmo zagłady, nie tylko na środowisko naturalne, ale i na ludzi Takich jak my. I tu i teraz.. Jest o tym kim możemy być dla siebie, kiedy jutro może nie nadejść. O tym czy potrafimy się przystosować. O tym jak przerażające mogą być kolejne wschody słońca. Powieść wciąga niesamowicie, styl jest świetny, pomysł genialny. Polecam, naprawdę polecam z całego serca. Kupiłam też w Biedrze kolejnego Johna Greena, mam do faceta i jego gimbusów słabość, ta nowa bardzo w moim guście, patrz gay-obsesja z poprzedniego zbiorczego. Tak że będziemy czytać.

Z seriali nie męczyłam nic nowego, męczyłam to, co męczę zawsze, ciągle i do granic, czyli Queer as Folk, ale o tym nic nie powiem, bo jak zacznę to już nie skończę. Nie obejrzałam żadnego filmu, z tym ostatnio słabo, nie jestem dumna ani zadowolona, ale coś mi ochota siadła, przerzucam się na litery, nie tylko te z napisów. No cóż. A nie. Wpadł jeden, ale tytuł wybył z pamięci i pewnie gdzieś się szwenda, możecie szukać czegoś o słoiku z pieniędzmi na przekleństwa, młodej żydówce z różowymi włosami i spełnianiu marzeń. Jak znajdziecie to polecam.

Słucham muzyki. Przyczepiło się do mnie takie byle co które w teorii nie podoba mi się wcale, w praktyce natomiast trzyma się uszu całymi dniami i puścić nie może, chodzi o A Tout Le Monde. Z rozkoszą dręczę też Motorhead szczególnie to, to oraz tamto i zmierzchu tego zakochania póki co nie widać. Siedzę w internecie. Na nowo przeglądam najciekawszą stronę w internecie, wspominam o niej dlatego, że jest fajna i trochę z wrodzonej diabełkowatości, jak wpadniecie to nie wyjdziecie, przysięgam, tylko jak kto ma słabsze nerwy to zakładkę o horrorach lepiej omijać szerokim łukiem. Znowu jako ostatni człowiek w internecie odkrywam Czarne Owce i nadziwić się nie mogę, że takie dwa buce zdobyły moją sympatię, ale uzależniłam się. Poczucia humoru się nie wybiera. Z tych mniej chamskich to BuzzFeedVideo.

Dużo piszę ostatnio. Ubywa mnie tutaj, ale przybywa w innych miejscach, płodna jestem ostatnio w odpowiadaniach, właściwie nieskończonych ich fragmentach, tych co się mnożą i pewnie nigdy nie urosną, ale nie szkoda mi ich. Za szybko mi ostatnio płynie czas, z czym ciężej o regularność, ale się trzymam. Jakoś się trzymam i kciuki żeby tak dalej.

Jest jeszcze coś, czym już bym chciała się pochwalić, ale do to w innym poście. Jeszcze trochę. Jeszcze go wypocę. Nic wielkiego, ale cieszę się jak pies wytarzany w końskiej kupie. Enjoy

Potwory.

Ona. Ona zawsze była potworem. Patrzyłam na jej przekrzywioną głowę, odwracałam wzrok, gdy z kącika ust leciała stróżka śliny. Z rzadka podrygiwały stopy i dłonie, wszyscy jednak dobrze wiedzieliśmy, że nigdy nie będzie stać ich na więcej. Nie zaglądałam w spłoszone spojrzenie, nie rozmawiałam, być może i tak by nie usłyszała, nie mogła się ruszyć, nie mogła się odezwać, powiedzieć, czy żyje, czy już wewnątrz umarła. My byliśmy jej życiem, jej wszechświatem. Bałam się zerkać w tę twarz, słuchać bezwyrazowych jęków, brać na swoje barki wielką odpowiedzialność postępowania ostrożnie i rozsądnie, chciałam spytać „czym jesteś?”, nie spytałam nigdy, kilka lat później sama odgadłam. Była człowiekiem.

Urosłam, wyrosłam. Wyrosłam z potworów i straszydeł, zostały nieliczne, te, których kroki dudnią w głowie w ciemnym korytarzu, te zwabiane przez horrory, których tępe cienie przebiegają po ścianie pod opadającymi powiekami. Reszcie z nich przypadły definicje, jeszcze wtedy nowe – niedorzeczność, zwierzęcość ludzkiej natury. Szaleństwo. Choroba. Spod skorupy monstra wychyliło się ludzkie oblicze, z biegiem czasu zaczęły upadać granice, pękać uprzedzenia. Dziś chcę wziąć w ręce młotek i wytłuc je do ostatniego okruszka.

Mam pewne marzenie. Podobno niepoważne, przytakuję, dostrzegam zależność – niepoważni ludzie mają z reguły niepoważne plany. Mój jest taki, że chciałabym pozbyć się potworów ze swojego świata. Chciałabym wedrzeć się do ich ludzkiego wnętrza, by stać się człowiekiem jeszcze bardziej.

Krótki etap życia mam zamiar poświęcić ludziom z problemami. Poważniejszymi niż zły odcień podkładu, pęcherz z tyłu stopy, gradowa chmura. Niech to będzie cokolwiek. Schronisko dla bezdomnych, spotkania AA, szpital psychiatryczny, hospicjum, zakład karny, dom dla samotnych matek, szkoła dla uczniów niepełnosprawnych bądź wyklętych przez system edukacji, wiecie o czym mówię. Chciałabym pracować z tymi, którzy w myśli automatycznie wpadają w kategorię dziwadeł, tych wymagających specjalistycznej wiedzy i specjalistycznego podejścia, którego zwykle się nie ma, tych budzących zakłopotanie, tych, których się omija, bo przebywanie z nimi jest zbyt trudne,  zbyt straszne, bo jest się na to tylko zbyt zwykłym człowiekiem. Tych, o których za łatwo się mówi, a za trudno myśli.

Bardzo bym chciała, by jedynym, co popychało mnie w tamtą stronę było pragnienie niesienia pomocy ludziom, jednak nie, jednak jak zawsze chodzi o coś innego. Czego z resztą można się spodziewać po kimś, komu w klatce piersiowej bije kamień rzeczny bądź kawałek styropianu? Antykobieta chciałaby czasem być czysta jak łza, chciałaby być dobra, miłosierna, niestety nie jest, niestety pozostaje kurduplowatym diabełkiem z różkami za małymi, by mogły straszyć. A szkoda. Zawsze podziwiała ludzi z sercem, w końcu to oni w razie potrzeby kupią ci protezy i nie będą oczekiwać złotych skarabeuszy oraz specjalnego traktowania.

Chcę poznawać ludzi z problemami, bo zawsze mogłabym być jedną z nich. Nigdy nie wiesz, czy nie wylądujesz pod mostem, nie zaczniesz ćpać, nie zabijesz, nie oszalejesz. To zawsze gdzieś tam może być, zawsze może czekać, nigdy nie możesz wykluczyć, że pewnego dnia nie zaśniesz we własnym łóżku, ściskając w ramionach poczucie dumy, by obudzić się z twarzą w kałuży błota i poczuciem wartości spuszczonym w dworcowym kiblu. Zawsze mogę zachorować i patrzeć jak dzieci na mój widok wybuchają płaczem. Nigdy nie mów nigdy i tak dalej, prawdziwe, co nie?

Chcę poznawać ludzi z problemami, bo nie potrafię wezwać karetki, gdy widzę człowieka leżącego na chodniku. Wiedzieliście, że w przypadku hiperglikemii wywołanej przez cukrzycę oddech omdlałego może kojarzyć się z zapachem alkoholu? Ja wiedziałam. Od dawna. Jak widać nauką to sobie można ryj z musztardy obetrzeć. Chciałabym pomagać, bo nie wiem jak rozmawiać z człowiekiem na wózku. Uśmiechnąć się? Nie uśmiechać? Pomóc, nie pomagać, spytać o coś, odejść, gapić się, uciekać wzrokiem? Chcę dowiedzieć się kim są cienie przemykające chyłkiem po murze, w tajemnicy przed światem nieprzystosowanym do inności, bo nadal mam w głowie kilka barier, które chce przełamać, których nienawidzę, z którymi nie chcę mieć nic wspólnego. Teraz, natychmiast, ale wiem, że na to trzeba czasu.

Chcę poznawać ludzi z problemami, by być w porządku ze sobą. By czuć się w porządku wobec świata. By nie mieć na sumieniu tysiąca nieproszonych myśli i żałowanych po nocach braków reakcji.

– Ale wiesz, my tak gadamy, że tego się nie robi – mówiła – że uprzedzenia, że ludzie źli, ale my nie lepsi, prawda? Jakby przyszło co do czego jesteśmy tak samo ograniczone.

Wiem. I wiem, że już trochę za późno, by uczyć się ludzi od postaw. Że nie złamię dystansu czytając książki, pisząc posty, udając mądrzejszą niż jestem, to bardzo skutecznie poprawia humor, ale nie poprawia mnie. Być może komuś pomaga, być może są osoby, które nie potrzebuję szkolenia w zakresie człowieczeństwa, ale ja nie jestem jednym z nich. Ja chcę, widzicie, ja chcę się rozwijać. Rozwijać wewnętrznie, rozwijać wobec świata. Ale to nigdy nie jest łatwe. Dlatego jest to marzenie.

Liczę, że kiedyś potwory zostaną tylko w niedomkniętych szafach.

Miłość.

W dzieciństwie często się kłóciliśmy. O wszystko. Bywało, że byłam na niego tak wściekła, że chciałam krzyczeć, żeby umarł, żeby więcej go nie było. Nie robiłam tego. Bo bałam się, że jeśli to powiem, to z jakiegoś powodu się spełni.

Miłość. Dziś będzie o miłości. Jeżeli bardzo chcesz, możesz zarzucić mi, że wypowiadam się na tematy, o których nie mam prawa mieć najmniejszego pojęcia i owszem, robię to czasami, na przekór zasadom, na szczęście nie dzisiaj. Możesz powiedzieć, że ja taka jeszcze młoda, jeszcze głupia, jeszcze niedoświadczona. Możesz pokiwać głową z politowaniem, roześmiać mi się w twarz, nie szkodzi, pośmiejemy się razem. Swojej młodości nie zaprzeczę, głupocie odpuszczę, z doświadczeniem będę się kłócić, bo choć mam go niewiele, to jednak wystarczająco, by potrafić kochać.

Siedzimy na ganku. Ona pali papierosa, ja delektuję się porannym chłodem bijącym od ziemi, gaszącym mój zewnętrzny i wewnętrzny żar, którego nie wiedzieć czemu zawsze mam w nadmiarze. Patrzę na zmarszczki wokół jej ust, przybyło ich, kiedy nie patrzyłam, zrobiły się głębokie i ciężkie, jednak nadal, nadal mogę stwierdzić, że wygląda bardzo młodo. Nie bez powodu wszyscy dziwią się, gdy wyjawiam ile tak naprawdę ma lat, że wbrew pozorom już dawno nie osiemnaście. Tylko oczy ma od pewnego czasu zmęczone. Smutne. Frustrująco smutne. Boleśnie smutne. Wiem, że niewiele mogę na to poradzić, liczę więc ukradkiem momenty, kiedy się uśmiecha i trzymam w sobie nadzieję, że będzie tego więcej. Póki co staram się grzać ją samą swoją obecnością i wiem, że choćbym nie widziała efektów, choćby tak bardzo zdawała mi się krucha i ulotna, bez tego już dawno zmęczenie zastąpiłaby pustka. Samo istnienie. Mało. Niesprawiedliwie mało, szczególnie dla kogoś, kto tak bardzo chciałby dawać więcej. Ale matki mają to do siebie, że czerpią z tego siłę.

On. Siedzi obok mnie, kiwa głową w rytm muzyki. Po szybkości i kierunku ruchów głowy potrafię rozpoznać piosenkę, pytam niemo, czy trafiłam, a jakże, zawsze trafiam.  Przyglądam mu się kątem oka, przychodzi mi na myśl, że cokolwiek by nie mówić, całkiem przystojny z niego facet. Wygląda nieźle, naprawdę nieźle. Czasami zdaje mi się, że ludzie obok mnie nie zmieniają się wcale, że on także, jednak teraz widzę wyraźnie, że czas upłynął i że nie ma wyjątków od reguły. Dostrzegam, że taki jest jakby duży. Taki jakby dorosły. Że głos ma trochę niższy, rysy twarzy bardziej żelazne, zahartowane. Że wypowiada się w inny sposób, że zmądrzał, że wie już coś o polityce, o seksie, o życiu. Nagle to dostrzegam i coś we mnie pęka. Coś we mnie się kruszy i nagle, wbrew sobie chcę tego idiotę przytulić, nie robię tego, bo braci choćby z zasady trzeba traktować chłodno.

Tamta. Tamta, o której nigdy bym nie pomyślała, że ja i ona mogłybyśmy nie zeżreć się żywcem. Takie jesteśmy różne, jakby wykpione przez los albo tknięte cudem. Dwa przeciwstawne bieguny. Dwie substancje, które teoretycznie powinny wybuchnąć, ale łączą się i tworzą nowe. Ja i ona. Dzielone wszystkim. Charakterem, poglądami politycznymi, poczuciem estetyki, temperamentem, celem. Wystawiane na próbę za każdym razem, chwytające się niemożliwego. Tak podrapana, tak poszarpana jest już nasza więź, a jednak ostatkiem sił tworzy całe, a jednak się trzyma. My się trzymamy, ściskamy za ręce, idziemy w przeciwnych kierunkach, licząc, ze nas nie rozerwie. Na przekór logice, wierzymy, że to wypali, jeszcze możemy, jeszcze mamy do tego prawi. Tamta. ciekawe ile tej przyjaźni uda się jeszcze wytrzymać.

Ono. Toczy się. Toczy się uparcie wokół  mnie, a ja z całej siły staram się je kochać, pragnę doceniać to, co mi daje, z tym łatwiej mi o szczęście. Doceniać ludzi, chwile, doświadczenia. Staram się czerpać z tego ile mogę, zachłanna jestem, chciałabym móc pozyskać z niego jak najwięcej, o ile to możliwe, o ile możliwa jest myśl, że pozyskało się wystarczająco. Staram się wyciskać sok z tego co powyżej, z tego, o czym jeszcze nie napisałam i czego nie napiszę nigdy. Zdarza się, że na usta cisną się słowa zupełnie nieproszone, że chce się nim rzucić o ścianę, wiele wygarnąć, wygarnąć, że za dużo zabiera, a za mało daje. Czasami, poza granicami krainy wiecznej spokojności, błyskają między nami gromy nienawiści, ale gdy przygasną, padam na kolana i dziękuję za każdy jasny promyk, którym mnie oświetla. Życie bywa wyrodną jędzą, ale cieszę się, ze nadal jest.

Mnie się wiedzie dobrze. Na razie. Lepiej niż wielu innym, choć los z reguły nie pisze scenariuszy idealnych, choć miewają lepiej, cieszę się, że nadal mam w sobie siłę by kochać. Zgubiwszy po drodze większość cudów, ciągle wierzę w ten. Nie wiem czym jest, gdzie się kończy i gdzie się zaczyna, nie umiem ubrać go w słowa, nawet nie będę próbować. Ale pragnę głęboko ufać, że warto.

Nieprzygotowana.

Minęły mnie jesienne chandry i bolesne miesiączki. Oraz szereg przeciwności losu, które podobno dotykają wszystkich, a przy tym maltretują tak długo i mocno, aż nabierzesz odporności. Minął mnie rozlew łez, jad w ustach, lizanie ran, nabieranie doświadczenia. Przez bardzo krótki moment czułam, że to nie fair wobec tych, którzy całe życie wspinają się pod górkę. Teraz, między wyrazami wdzięczności czuję, że kiedy życie rzuci mnie na głęboką wodę, nie będę umiała utrzymać się na powierzchni. W końcu coś za coś, prawda?

Nie znam bólu ludzkiej uszczypliwości. Choć ten fakt prawdopodobnie nigdy nie przebije warstwy medialnego bullshitu, tysiące nastolatek pada ofiarą różnorodnych form przemocy psychicznej. Wiele dostaje role ćwiczebnych kukieł dla niewyżytych rówieśników, doświadcza gnębienia, wyśmiewania i poniżeń. Jeszcze więcej cierpi z powodu niewybrednych żartów, obgadywania za plecami, prymitywnego chamstwa, plotek. Żadna z tych sytuacji nigdy mnie nie dotyczyła, nie w stopniu, który mógłby mnie zaboleć, który mógłby odgnieść mi się na mózgu, zostawiając szpetny ślad. Nie. Tego nie było. Zawsze trzymałam ich napuchnięte ego daleko od siebie. Nigdy mnie nie ruszono, nigdy nie wbito noża w plecy. Nie krwawiło mi serce przelewając się z oczu gorzkimi łzami, nie czułam nienawiści, nie dostałam po głowie za to, że istniałam. Nie doznałam maleńkiego ukłucia w poczucie dumy, nie noszę najdrobniejszej skazy na psychice. To mnie ominęło. Albo w żyłach płyną mi cholernie mocne znieczulacze.

Nie znam bólu nienawidzenia samej siebie. Wyglądu, charakteru, intelektu. Mam garba na plecach i krzywe zęby. Koślawe stopy, cofniętą szczękę, swoistą bezpłciowość, ani jednego kompleksu. Pomiędzy zarzutami o pozerstwo i udawanie silniejszej niż jestem słyszę, że każdego prędzej czy później dorwie świadomość, że ma się czego wstydzić. Mnie też. Powinnam stać zwarta i gotowa, choćby dla spokoju ducha, bo to podobno nie pozostawia po mózgu suchej nitki. Powinnam się z tym pogodzić, pogodzić się, że kiedyś znajdzie się ktoś, kto zrobi ze mnie poczwarę, a ja uwierzę, ze faktycznie nią jestem. Być może tym oprawcą będę ja sama. Póki co nie ciążą mi krzywiące się buty ani materiał opinający mocno tylko jedną stronę pleców. Póki co noszę obcisłe bluzki, na razie patrzę w lustro, uśmiecham się i puszczam do siebie oko. Ciekawe ile jeszcze.

Nie znam bólu odrzucenia ani braku akceptacji. Nie wiem co to znaczy chcieć imponować, nie wiem jak się kamuflować, by wtopić w otoczenie. Nie wiem czym jest szukanie w cudzej niechęci odniesień do samego siebie, nie znam nienawiści z odtrącenia. Nigdy nie wymagałam cudzej sympatii, nigdy nie pragnęłam przynależności. Nie miałam nic przeciwko dzieleniu się na grupy i nie ubolewałam nad tym, że któraś z nich nie chciała mnie. Byłam między nimi, czasami sama, czasami zagubiona. Zawsze szczęśliwa mimo wszystko, zawsze podobna do siebie, tego się trzymałam, to zawsze było pewne. Podobno kiedyś to się skończy. Ludzie rozczarowują, tak mówią. Kiedy zaczną po kolei odpadać, uwierzę, że nic nie są warci

Nie znam wstydu. Jestem dziwnym człowiekiem, robię dziwne rzeczy. Wielu moich znajomych wie, że nie mam oporów przed siedzeniem w szafie, że do dziś rozpamiętuję bezczelnie zadeptanego chrząszcza, że zdarza mi się tańczyć na środku chodnika z słuchawkami w uszach. Mówią, że to dziwne. Mówią, że dziecinne. Nigdy się nie wstydziłam, zawsze przyjmowałam brak piątej klepki jako stan absolutnie naturalny, zawsze też akceptowałam wszelkie odchyły u innych. Podobno kiedyś mnie za to zgniotą. Świat nie akceptuje dziwaków, świat ich tępi. Liczba łóżek w szpitalach psychiatrycznych jest mocno ograniczona, nie potrzeba ich więcej. Podobno wystarczająco szybko nie zacznę się za siebie wstydzić, rozszarpią mnie na strzępy. Skuliłabym się w sobie, spróbowała wyprostować, ale moja osobowość jest niereformowalna pod każdym względem. Nie wstydziłam się też nigdy tysiąca innych rzeczy.

Charakter? Błąd w systemie? Cholernie wielkie szczęście? Odkąd pamiętam życie mnie rozpieszcza, prawdopodobnie nie jestem więc gotowa na przyjęcia świata. Prawdopodobnie nadmiar szczęścia walnie mnie jeszcze w łeb, być może sprawiedliwość losu odpłaci się z nawiązką. Nie mam wyrobionej wrażliwości ani odruchów obronnych, nie mam doświadczenia. Czuję, że nie wpisuję się w wymagania świata, że zapędziłam się w swoim idealizmie zbyt daleko, by nie sprawiało mi to kłopotów. Najpewniej kiedyś to odczuję. Trochę późno jak na dorastanie. Czy jestem gotowa? Nie. Czy ktoś kiedykolwiek był?

Panie pacjent, proszę się rozluźnić, zacisnąć zęby, trzymać mocno fotela, zaraz będziemy wbijać nóż w plecy, zaboli jak cholera jasna, ale żeby nie było, że nie ostrzegaliśmy!

Problematyka skorupy zewnętrznej.

Wodzi palcem po moim kręgosłupie, od tak, z nudów. Pozwalam na to, z reguły nie przeszkadza mi dotyk, nie uciekam przed nerwowością cudzych dłoni. Pozwalam, by na moich plecach kreśliły się niewidzialne meandry, linia falista wybrzuszająca się miejscami w gładkie łuki, rzeźbiąca tułów niczym górskie zbocze, kształtująca wzniesienia i zagłębienia, pomiędzy którymi pnie się struga poskręcanych kręgów. Ładne to jak sobie o tym pomyślisz.

Mam problem. Z sińcami pod oczami mam problem. Podobno. Rzecz w tym, że są ogromne, ciemne i straszą. Ludzi straszą. Podobno powinnam je zakrywać, bo nie wypada tak nosić na wierzchu. Zakrywam więc, kiedy akurat mi się chce, kiedy nie mam ochoty, przyjmuję wyrazy współczucia. Paskudztwo, ciężka sprawa z tym drobnym fragmentem twarzy, niby, prawda, drobiazg, a jednak potrafi psuć nerwy. Nie psuje? Och przestań, problemów nie trzeba się wstydzić. Wszyscy się podobno wstydzą, może ja też powinnam. Może powinnam trochę uważniej patrzeć, by dostrzec dramatyzm sytuacji, może wreszcie zejść na ziemię, skupić się na tym co tutaj i wreszcie zacząć używać korektora. W końcu problem to problem prawda? Nie można lekceważyć.

I nie denerwuje cię to, że jesteś taka powyginana? Mnie to by denerwowało. Załamałabym się. Na klęczkach bym prosiła, żeby mnie pod nóż wzięli, a ty anty, ty to jak zwykle taka zachowawcza jesteś. Ja to bym tak nie mogła, ten spokój, ta obojętność. Chociaż czy ja wiem, czy dobrze? Trzeba znać swoje wady.

Niestety. Znam. Mam ich cały wachlarz, mogę nawet pokazać, ale ostrzegam, to nie będzie szczególnie przyjemny widok. Nie wstydzę się ich, nad sporą częścią pracuję, reszta najwyraźniej nie wydaje mi się aż tak istotna. Moją wadą jest nieodpowiedzialność. Lenistwo. Łatwość przywoływania kłamstw na język, łatwość lekceważenia spraw istotnych, przepraszanie tylko po to, by zagłaskać i przywrócić świat do pionu. Hipokryzja. Bałaganiarstwo. Częste uznawanie, że coś mi się należy. Brak władzy nad emocjami. To moja ciemna strona, dowód na człowieczeństwo. Tego w sobie nie lubię, lub o to się potykam. Do kręgosłupa skręconego po długości i wokół osi nie mam zastrzeżeń. Byle nie bolał. Czy można na daną chwilę nazwać go problemem?

Nie wiesz chyba jak to brzydko wygląda. Wiem. Wiem doskonale. Lubię brzydotę, tak łatwo nią manipulować, tak łatwo się nią bawić. Piękno ma znacznie bardziej ograniczone pole manewru, wymaga więcej wysiłku, niewiele wystarczy, by obedrzeć je z pierwotnej wartości. Brzydota nie ma nic do stracenia, można ją z czystym sumieniem przeciągać poza granice wszechświata. To całkiem rozsądne rozwiązanie dla osób pozbawionych smaku, ale niekoniecznie przystającym na dobieranie każdej skarpetki według ustalonych norm. Czy wobec tego można nazwać to błędem?

Dużo tych słów teraz. Problem i błąd. Błąd w ubieraniu się, błąd w makijażu, błąd w dekorowaniu przestrzeni. Coraz mniej jest błędów w relacjach międzyludzkich i podejmowanych decyzjach. Małe sprawy rosną, duże maleją. Alicja z Krainy Czarów byłaby dumna. Problem. Dużo jest teraz problemów. Problemów z cerą, z włosami, z brzydszym profilem lewym i wystającym podbródkiem. Są maleńkie, ale jest ich mnóstwo, może tylko dlatego wydają się tak przytłaczające? Niewiele jest miejsca na te cięższe. Na przemoc w zakładach poprawczych. Na molestowanie kobiet w miejscach pracy. Na zostawianie psów w lesie, faworyzowanie uczniów w szkołach, bicie gejów, nieszanowanie starców, pozwalanie na ksenofobiczne żarty i uszczypliwość. To nie tak ważne, to już nie ten świat, za odległe to, za trudne, by zaprzątać sobie głowę. Cienie pod oczami. Spójrz w lustro, spójrz jak ci wiszą po samą brodę.

Wbrew pozorom nie nawracam. Stawiam sobie kilka pytań, czasami warto ze swoim psyche pewne sprawy raz a dobrze przedyskutować. Od pewnego czasu zastanawiam się, co tak naprawdę jest problemem godnym zmieszania z błotem mojego dobrego humoru? Co jest błędem? Czemu mogłabym poświęcać mniej uwagi? Póki co ja i moje ego ostro debatujemy. Polecam, jeżeli ktoś chce szybko i skutecznie nabawić się zaburzeń osobowości.

Możliwe, że ta refleksja nie ma ani sensu, ani celu. Ale widzicie, ja lubię roztkliwiać się nad rzeczami oczywistymi. Enjoy.

Sama ze sobą.

Mówię, że nie chce mi się dziś rozmawiać. Mówię delikatnie z pewną ostrożnością, nie chcę żebyś się obraził, głęboko wierzę, że to jednak nic złego. Nie chce byś pomyślał, że mam już ciebie dość, po prostu,  nie lubię niedomówień, wolę stawiać sprawę na dwóch nogach niż wplatać aluzje, bo i nie potrafię i nie lubię się męczyć. Nie pytaj o co mi chodzi. O nic nie chodzi. Ja jakby teraz nie mam ochoty na ludzi.

Na co dzień to ja ich lubię. Inaczej. Na co dzień to ja ich potrzebuję jak niemalże wody i oddychania. Potrzebuję ich głosu, dotyku, obecności. Kontaktu wzrokowego, innego mózgu obok, rozmowy, przede wszystkim rozmowy. To mi daje pewność, że nadaj tutaj jestem, że jeszcze nie zwariowałam, to pozwala mi trzymać się z daleka od chaosu w głowie i nie dać mu sobą całkiem zawładnąć, inaczej bym myślała zbyt dużo, inaczej nadmiar świata by mnie rozszarpał na kawałki. Los samotnych jest w historii świata losem chyba najbardziej przerażającym. Kiedy nie masz obok drugiego człowieka, na którego możesz emanować swoją energią i nastrojem, na którego możesz wylewać to, co wewnątrz nie musisz spoglądać wgłąb siebie. To bywa szokujące. Możesz tam znaleźć rzeczy, o które dotychczas siebie nie podejrzewałeś. Siedzę na azteckim krześle w dzień taki jak tysiące innych i zastanawiam się nad uwięzionymi w karcerach. Zastanawiam się też, jak dużo czasu by minęło, zanim zaczęłabym gadać do samej siebie. Pewnie długo. Rozmowa z głupimi zwykle niezbyt mi się klei.

Lubię spotykać się z ludźmi. Ta myśl i kilka innych utrzymuje mnie w przekonaniu, że do introwertyka mi daleko. Nie mogłabym żyć sam na sam ze sobą, nie mogłabym, muszę mieć kogoś przy sobie, tak, ja silna, ja niezależna, ja wszechmogąca muszę sobie kogoś obok tyłka trzymać, bo bym skończyła na oddziale maksymalnego bezpieczeństwa.

A jednak długie przebywanie z nimi mnie męczy. Kilka godzin, nie więcej, za kilka godzin wrócę do domu, zamknę się w pokoju, odizoluję od świata. Pogadane, połażone, Fajnie było. nawet bardzo, ale ja tak długo nie mogę. Męczy mnie brak swobody, widzicie, ta bariera zawsze gdzieś tam jest, niezależnie od tego ile się znamy, niezależnie od tego jak bardzo się lubimy. Prędzej czy później dopadnie mnie znużenie, dopadnie mnie zmęczenie. Prędzej czy później zacznie narastać chaos w głowie, gotowy do eksplozji wulkan tysiąca myśli, które później wrzącą pianą wyleją się na klawiaturę i wyląduję tutaj. Gdy świat zewnętrzny zaczyna mnie przytłaczać, w wewnętrznym zaczyna dziać się coraz więcej, a ja po prostu nie potrafię skupiać się na wszystkim jednocześnie. Kilka godzin wystarczy, później zaczyna ciągnąć mnie do samotności, kiedy zacznie to po robocie. Buzi na do widzenia i wiejemy na inną orbitę.

Lubię swój pokój. Swoje cztery ściany. Nie ma w nim okna ani żadnego źródła ogrzewania. Zimą odmarzają palce, latem żar spływa po plecach, ale jest dobrze, mimo wszystko dobrze. Tu mam swoje miejsce, tutaj swoja samotność. Mogę leżeć na łóżku i patrzeć w sufit, spać, kręcić się w kółko, mogę wszystko i nikt nie patrzy. Spędzam tu dużo czasu, nie należę do ludzi szczególnie aktywnych. Takich co to teraz, natychmiast, z prędkością światła, takich zawsze pełnych energii. Choć zdarza mi się tańczyć na chodniku z słuchawkami w uszach, mój spokój wewnętrzny wpływa na zewnętrzny, jestem więc z reguły cicha, zamyślona, bywa, że obecność drugiego człowieka bardzo mnie rozprasza. Mogę ogłuszać się głośnym, agresywnym heavy metalem, ale nigdy cudzym głosem. To dość skomplikowane, przystańmy na tym, że samotność jest dla duszy o wiele bardziej intymna.

Lubię czasami nie korzystać z życia. Zamknąć się za drzwiami, usiąść, istnieć i nic poza tym. Odciąć się, zmarnować trochę czasu, popatrzeć w czubki palców,  popatrzeć w internet, oglądać jak pająk spaceruje mi po ramieniu, położyć się i pospać. Tylko tyle. Może brzmi smutno, może beznadziejne. Ale ja lubię. Czasami bardziej niż wyjście z domu i spotkanie się, zrobienie czegoś konstruktywnego, przeżywanie życia. Bez względu na humor, w stosunku do ofiarowanego mi czasu i ludzi często bywam niewdzięcznicą.

Ja i Ja. Duet od zawsze sprawdzony. Egocentryzm? Tutaj trzeba do niego przywyknąć.

Antykobieta 1.0

– Co by tu zrobić, żebyś nabrała trochę takiego…
– Takiego czego?
– No wiesz, no… Bo ty Małgośka to taki obojnak w sumie jesteś!

Z cyklu: Jak dowalić własnej córce?

Pewna dziewczynka była sobie dziewczynką wyłącznie z zasady. Teoretycznie czuła swoją przynależność do płci pięknej lub inaczej – nie czuła do tej drugiej, ale w praktyce nierzadko okazywała się bytem do niczego niepodobnym. Mimo odpowiednich cech budowy zewnętrznej i wewnętrznej, nigdy w jej zachowaniu czy podejściu do życia nie było za grosz kobiecości. Na początku zostawiano to kwestii dorośnięcia. Wyrośnięcia. Ukształtowania się, bo przecież przyjdzie właściwy wiek, kiedy i z tego niezdarnego pisklęcia zrobi się kwoka najlepszego chowu. Z biegiem czasu świat porzucił jednak nadzieje, że jedyne co w dziewczynce kiedykolwiek będzie żeńskie to forma gramatyczna. I z kwoki wyrosła kogucica.

Dziewczyna nigdy nie lubiła ubrań. Uznawała konieczność ich noszenia, niektóre nawet potrafiła pomieścić w kategoriach sztuki, ale nic poza tym. Były dla niej złem koniecznym, wymagającym czasu i specjalistycznej wiedzy. Bo widzicie, każda sztuka odzieży posiada kolor, krój i fakturę. I te trzy czynniki trzeba dostosować tak, żeby nie wyjść na bazarową serwetkę za dwa czterdzieści. I to wymaga pewnego zmysłu, którym teoretycznie większość kobiet została obdarowana. Ona stała wtedy w kolejce po duże frytki.

Na dodatek zawsze była trochę seksistowska. W komplementowaniu cudzego cycka nigdy nie widziała nic sprowadzającego kobiety do jego roli, wszak cycek to cycek – tylko i aż część anatomii ludzkiego ciała.  Z drugiej strony od najmłodszości miała pewne zapędy na feministkę, objawiające się słabością wielką do największego sukcesu dwudziestopierwszowiecznego genderyzmu, czyli bab z jajami. Takich co walczą i wygrywają z przeciwnościami losu, są pełne odwagi i siły, by przenosić góry własnymi rękami. Zawsze takie lubiła, zawsze chciała jedną z nich być i kto wie – może kiedyś będzie.

Poza tym kobiet nigdy nie lubiła. W kulturze. W książkach, w filmach, w serialach. Były wyjątki, ale te wszystkie dziewczęta zawsze były dla niej takie wymięte. Cienkie, drobne, gibkie, płaczliwe. Trudne. Lubiące komplikować. Z mało którą potrafiła się utożsamić, paradoksalnie do tych twardych i szalonych zbyt tchórzliwa była. Posądzano już ją o szowinizm, wciąż zaprzecza jednocześnie bijąc się w twarz za każde „w sumie jest fajna, mimo, że baba”.

Nigdy nie miała w sobie choćby odrobiny delikatności. Wielka, ciężka, mało zwrotna. Niekoniecznie gruba, absolutnie nie niezgrabna, raczej mocną stopą krocząca po ziemi. Taka wiecie. Co się obróci to coś przewróci, silna w łapach, ostra w gębie, nieprzewidywalna w wyrażaniu emocji. Poruszająca się w sposób nie mający nic wspólnego z elegancją. Podobnie jak ona sama, jej zamiłowanie do ostrej muzyki, jej głupie dowcipy i bluzy od dziada. Gdzieś tej zwiewności, przejrzystości istot żeńskich najwyraźniej brakło. Nigdy nie była romantyczna. Ani trochę. Ani przez moment. Uznawała potrzebę miłości w równym stopniu jak odrzucał ją widok dwóch ciał przyspawanych do siebie odwodem ślinowym i wielkie wyznania.

Zawsze podziwiała prostotę rozumowania mężczyzny. Złożoność kobiecego przez pewien czas próbowała rozwikłać, jednak szybko zatrzymała się na wniosku, że baby i tak nie zrozumiesz. Toteż nie próbowała. Nie starała się też w żaden sposób wykształcić w sobie tego czegoś. Intuicyjnego podejścia do ludzi, rozkładania spraw drobnych na szczegóły, szukania drugiego, piętnastego i tysiąc dwudziestego dna. Zawsze lubiła mówić prosto z mostu, bezpośrednio podchodzić do ludzi, nie owijać w bawełnę. Dawać czytelne znaki, przynajmniej tylko takie odczytywać umiała. Ograniczona? Może. W obliczu prawdziwie kobiecego umysłu wszyscy są ograniczeni.

I taka sobie dziwna była, z pogranicza światów. Wtopiła się w społeczeństwo nie budząc skandalu i do dziś istnieje, wśród innych kobiet, które niekoniecznie pojmuje, których towarzystwo bardzo sobie ceni. Spłodziła nawet bloga.

Kiedy zza zielonego parawanu wyjęto zakrwawionego człowieka, matka w pierwszej myśli sądziła, że to chłopiec. Po latach wciąż wiele osób miewa wątpliwości. Cóż. Idzie przywyknąć. Enjoy.