Wpis Zbiorczy – Maj

Mam sztuczne drzewko, Zygfryda, bo inne nie przeżyje w pokoju bez okien. Mam też ogromnego balona dżdżownicę, podobno wygląda jak penis, stanowczo zaprzeczam, zaprzecza też zmieszana babcia, choć obie doskonale wiemy, że nie ma co się oszukiwać, przeszłam przez miasto z monstrualnym, dmuchanym dildo i nikomu nic do tego. Jestem z tym faktem i bez niego zupełnie szczęśliwa.

Nie sądziłam, że aż tak będę czekać na ten post, choć w tym momencie nie bardzo wiem o czym mam napisać, ale piszę, bo czekałam. Bo miliard razy zatrzymywałam się na myśli, że coś bym chciała pokazać bardzo i bardzo, jednak nie, jednak trzeba zostawić tutaj, tylko kilka dni, więc oto jesteśmy. Jak zwykle kilka drobnych spraw, dużo niepotrzebnych, dużo bzdur, trochę rzeczy, które urzekły i rozkochały, będziemy improwizować, a co, nie można?

Mamy lato, żar zewnętrzny zrównał się z żarem wewnętrznym, jest już prawie dobrze, ale nadal się dziwią, bo wiecie, niektóry to by cały rok w kurtce chodzili, takiej sprzed paru lat, co do kolan sięgała i brzydka była. Dziś słońce już nie było tak świeże, dziś słońce piekło w skórę, wyciskało z ciała kropelki potu, dziś słońce nie dawało energii, ale męczyło, dusiło, usypiało. W sensie, że jest lato, takie prawdziwe, już nie tylko w głowie, teraz już można narzekać, że za gorąco. Zaczął się sezon sukienek, bo ja tylko latem noszę, bo zimą trzeba rajstopy, a rajstopy to zło, szatan, schody do piekła, na szczęście już niepotrzebne, przyszło odsłonić blade nogi i cieszyć się garderobianym minimalizmem. W sensie że lekko. Teraz marzymy o strojach kąpielowych,  o piasku w majtkach, o glonach w staniku i jedzonych na brzegu rzeki herbatnikach, takich co już od wody nasiąknęły wilgocią.

Z tych drobnych-drobnych to kupiłam telefon. Nowy, bo poprzedni eksploatowałam tak bardzo i tak często, że aż zapomniałam gdzie ostatni raz go położyłam i przepadł bez śladu. Ja wiem, ja okropna jestem, że nie odbieram, że nie piszę, że ładuję raz na rok ruski, a doładowuję rzadziej, ale widzicie, ja jakoś nie mogę przywyknąć, że coś tak małego i błahego może być dla człowieka tak istotne. No więc ostatecznie zdecydowałam się kupić nowy i nie powiem, żeby nie było z tym problemu.  Anty dobrze radzi sobie z komputerami, gdyby była mądrzejsza to by była informatykiem, ale nie jest. Ogarnia troszkę bardziej niż inni, nie genialnie, ale zawsze. Bardziej w każdym razie niż telefony, do których za grosz ręki i za grosz cierpliwości. Okazuje się, że dostać normalny telefon to nie taki spacerek po osiedlu, trzeba siły i wytrwałości, bo chyba przestają produkować. Przez normalny telefon antykobieta rozumie rzecz jasna taki z guziczkami, dziewięcioma przyciskami i nietykalnym ekranem. Inne ją po całości przerastają, innych to się nawet boi. Za wiele tego, za skomplikowane, jeszcze zepsujesz, jeszcze coś klikniesz co nie trzeba, bo jak inaczej, skoro cała powierzchnia reaguje na dotyk? I tyle tego wszystkiego niepotrzebnego, po co to komu? Ale w końcu znalazłam. Za stówę, nie ma buziek w esemesach, ale chociaż nie dostanę perdolca. (A poprzednik znalazł się niemalże od razu, ale walnęłam za szafę, żeby nie było, że nie szukałam dokładnie.)

Poza tym miesiąc minął pod znakiem łażenia po dentystach i tępienia mrówek. O zębach to ja jeszcze nawet napiszę, nie będziemy się zagłębiać w temat, jeden zabolał i okazało się, że materiału starczyło na następne kilka wizyt, ale o tym wkrótce. Cięższa sprawa z mrówkami, zalęgło się tego wszędzie, obłazi co może i się nie pozbędziesz, tępi antykobieta ze znanym tylko sobie bóle, bo ma ostatnio do owadów dużo serca, no wiecie, pająki wyciąga z wanny, muchom daje latać i wszystko co ma zabić to zabija tak już do końca, żeby zwierze biedne nie konało w agonii tylko zakończyło żywot swój szybko i bezboleśnie. Także ten. Nikt nie obiecywał, że będę normalna. Ale naprawdę dużo tego dziadostwa się powylęgało.

Mamy czytania ciąg dalszy. Zwróciłam szczególną uwagę na dwie książki, pierwsza jest stara, powstał już film, wszyscy ją znają i wszyscy film widzieli, druga mi się o uszy nie obiła, ale ponoć był bestseller, nie wiem, ja o wszystkim zawsze dowiaduję się na końcu. Najpierw  była Przerwana lekcja muzyki i jej szaleństwa, książka, w której zasadniczo nic się nie dzieje, bardziej niż zwykle, to nie obraz akcji, ale obraz obserwowanej przez autorkę rzeczywistości, rzeczywistości dziewczyny, która trafiła do szpitala psychiatrycznego i próbuje ułożyć życie ze swoimi demonami. Chwycił mnie za serce jej styl pisania, chwilami jego wcale nie męcząca naukowość, wiecie, antykobietę jako umysł ścisły do naukowości zawsze trochę ciągnęło. No więc polecam jak ktoś równie w tyle. Druga powieść do Wiek Cudów czyli obyczajówka zahaczająca dość wyraźnie o science fiction, choć nie na tyle żeby zrazić do siebie osoby, które tego gatunku nie lubią, czyli na przykład mnie. Czysto społeczna symulacja końca świata. Rzecz ma się tak, że ruch obrotowy ziemi zwalnia, co sprowadza widmo zagłady, nie tylko na środowisko naturalne, ale i na ludzi Takich jak my. I tu i teraz.. Jest o tym kim możemy być dla siebie, kiedy jutro może nie nadejść. O tym czy potrafimy się przystosować. O tym jak przerażające mogą być kolejne wschody słońca. Powieść wciąga niesamowicie, styl jest świetny, pomysł genialny. Polecam, naprawdę polecam z całego serca. Kupiłam też w Biedrze kolejnego Johna Greena, mam do faceta i jego gimbusów słabość, ta nowa bardzo w moim guście, patrz gay-obsesja z poprzedniego zbiorczego. Tak że będziemy czytać.

Z seriali nie męczyłam nic nowego, męczyłam to, co męczę zawsze, ciągle i do granic, czyli Queer as Folk, ale o tym nic nie powiem, bo jak zacznę to już nie skończę. Nie obejrzałam żadnego filmu, z tym ostatnio słabo, nie jestem dumna ani zadowolona, ale coś mi ochota siadła, przerzucam się na litery, nie tylko te z napisów. No cóż. A nie. Wpadł jeden, ale tytuł wybył z pamięci i pewnie gdzieś się szwenda, możecie szukać czegoś o słoiku z pieniędzmi na przekleństwa, młodej żydówce z różowymi włosami i spełnianiu marzeń. Jak znajdziecie to polecam.

Słucham muzyki. Przyczepiło się do mnie takie byle co które w teorii nie podoba mi się wcale, w praktyce natomiast trzyma się uszu całymi dniami i puścić nie może, chodzi o A Tout Le Monde. Z rozkoszą dręczę też Motorhead szczególnie to, to oraz tamto i zmierzchu tego zakochania póki co nie widać. Siedzę w internecie. Na nowo przeglądam najciekawszą stronę w internecie, wspominam o niej dlatego, że jest fajna i trochę z wrodzonej diabełkowatości, jak wpadniecie to nie wyjdziecie, przysięgam, tylko jak kto ma słabsze nerwy to zakładkę o horrorach lepiej omijać szerokim łukiem. Znowu jako ostatni człowiek w internecie odkrywam Czarne Owce i nadziwić się nie mogę, że takie dwa buce zdobyły moją sympatię, ale uzależniłam się. Poczucia humoru się nie wybiera. Z tych mniej chamskich to BuzzFeedVideo.

Dużo piszę ostatnio. Ubywa mnie tutaj, ale przybywa w innych miejscach, płodna jestem ostatnio w odpowiadaniach, właściwie nieskończonych ich fragmentach, tych co się mnożą i pewnie nigdy nie urosną, ale nie szkoda mi ich. Za szybko mi ostatnio płynie czas, z czym ciężej o regularność, ale się trzymam. Jakoś się trzymam i kciuki żeby tak dalej.

Jest jeszcze coś, czym już bym chciała się pochwalić, ale do to w innym poście. Jeszcze trochę. Jeszcze go wypocę. Nic wielkiego, ale cieszę się jak pies wytarzany w końskiej kupie. Enjoy

Reklamy

2 thoughts on “Wpis Zbiorczy – Maj

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s