Tylko żebyś pamiętał.

Ja to na wakacje najbardziej lubię zabierać mózg, klapki z miękkiej gumy i ciastka owsiane. W japonkach po piasku chodzi się trudno, z tego też powodu preferuję te z elastycznego tworzywa, które nie obciera palców, ciasteczka owsiane są pyszne i nie zepsują się zbyt szybko, lubię, gdy rozchrupane uwalniają pełnię swojej słodyczy. A mózg, widzicie, mózg przydaje się o każdej porze roku niezależnie od sytuacji. I mimo wszystko polecam mieć go pod ręką.

O anty mówi się, że jest naiwna i ma do ludzi za duże serce, być może i tak jest, jako pisklę mogła rozgrzeszyć Hitlera, później urosła, zmądrzała, po omacku odnalazła pewne granice, skróciła zasięg swojego miłosierdzia, ale nadal tłumaczy i nadal rozumie. Ludzką rzeczą bowiem był głupim i później żałować, ludzką rzeczą nie dostrzegać błędów, obrać niewłaściwą drogę w niewłaściwym momencie, ja to wiem, nie jestem bez skazy, udało mi się zrobić w życiu kilka rzeczy godnych pokarania, później zmądrzałam, każdemu życzę mądrzeć. Wierzę natomiast głęboko w użyteczność krytyki zachowań, w pouczanie, w uświadamianie. Czasami zdarza nam się zastanawiać.

1. Nie bądź tym debilem, który rozcina delikatne, dziecięce stopy kapslami nierozsądnie wrzuconymi do wody, który nie widzi, że szkło i gwoździe mogą zranić.
2. Nie bądź tym debilem, który przejeżdża kilka centymetrów przed maską tramwaju, nie bądź mięsem mielonym, nie skazuj uczciwego na wyglądanie spoza krat, na budzenie się z krzykiem i pytania, co można było zrobić. Nie każ nikomu patrzeć jak po torach spływają stróżki krwi.
3. Nie bądź tym debilem, który nie szanuje, nie bądź tym, który proszony, by trzymać się z dala od wędek przewraca oczami, śmieje się i dalej robi swoje, nie bądź tym, który wodę z prysznica leje na basenie litrami, chociaż pani zwraca uwagę, by oszczędzać. Aż tak ci się nie należy.
4. Nie bądź tym debilem, który na grubą dziewczynę pokazuje palcem, śmiejąc się głośno i parszywie, nie każ mieszać łez z morską wodą, nie odbieraj osamotnionych w roku chwil wytchnienia oraz cudzej radości z powodu jakiegokolwiek, nie każ uciekać i nie wracać.
5. Nie bądź tym debilem, który gotuje życie w zamkniętym samochodzie, nie bądź tym, co pozostawia zdrowiu i życie jakąkolwiek naiwność, co myśli, że może nic się nie stanie, co na to „może” ma choć kawałek miejsca.
7. Nie bądź tym debilem, który narusza przestrzeń prywatną, który puszcza na peronie żółtego ananasa, ile głośniki dały i nic mu do tego, że ludzie zmęczeni, że być może telepią się po kraju kolejną godzinę i świętego spokoju potrzebują jak oddychania.
6. Nie bądź tym debilem, który robi jedno, mówi drugie, a nie myśli wcale.

Bądź dziwnym człowiekiem. Rób na plażę pełny makijaż, chodź po górach w szpilkach, próbuj łapać ryby w dłonie, kołysz biodrami w trawiastej spódnicy, nawet jeśli nie do końca potrafisz, nawet jeśli jesteś facetem, śmiej się głośno, goń za bażantem, wlewaj colę do soku, wyjdzie płyn o barwie wycieku z rury kanalizacyjnej, ale pij, na zdrowie. Ubierz się dziwnie, przyjdź się bawić i stój, zamów pizzę o trzy rozmiary za dużą, pływaj w dmuchanym krokodylu, zjedź ze zjeżdżalni i bądź znowu dzieckiem, mimo, że ludzie będą patrzeć, jedz palcami, maczaj bekon w czekoladzie, ciesz się czasem jak umiesz, jak lubisz, jak chcesz.

Tylko nie bądź idiotą.

Zróbmy sobie wakacje!

Zróbmy sobie wakacje, tu i teraz, na to mam ochotę, pokazuję palcem na kawałek piasku pod nogami, rozkładam koc, siadam i tak mi dobrze, oto jesteśmy w słonecznym nigdzie i cieszymy się czym popadnie, odgryzam z loda słodki płat czekolady, wyciągam szyję, by być bliżej słońca. Witam w moim niebie, proszę się rozgościć.

Bo to wszystko nie wystarcza. Zbyt banalne są uznane jednostki czasu. Nie wystarczają dwa miesiące ani pół roku smażenia pośladków na słońcu, nie wystarczają kilometry morskiej wody na własny użytek, nie starcza ośmiotysięcznik, to jeszcze nic. Niczym są tropikalne muchy, siadające na skórze, niczym bryza we włosach i drink sączony prosto z kokosa, niczym podróż dookoła wszechświata i pan bóg co przekąski rozdaje na tacy, to nadal, niewystarczająco, to mimo wszystko nadal zbyt mało. Nie żebym aż tak się od wczoraj zmieniła, po prostu, widzicie, po prostu to w pewnym sensie aż za wiele, ale wciąż samo w sobie nie wystarcza, nie wystarcza do pełnego relaksu. Bo żeby odpocząć to ja przede wszystkim potrzebuję odpoczywać.

Wypycham z głowy wszelkie niedogodności, wypycham brudy dnia powszedniego i bezczelnie udaję, że ich nie ma, ja wiem, to nieodpowiedzialne, kurz osadza się na półce niezależnie od położenia mojego mózgu względem wszechświata, sprawy niedomknięte pozostają otwarte dopóki się nimi z łaski swej nie zajmę, skala opalenizny ramion nie ma tu nic do rzeczy, ignorowanie rzeczy istotnych jest w gruncie rzeczy bardzo nie na miejscu. Świat pędzi dalej poza krawędzią mojego koca, w pewnym sensie zdaję sobie z tego sprawę, że coś tam istnieje, uduchowiona jestem na tyle, by wierzyć w życie po wakacjach, wiem, że kiedyś będzie trzeba unieść ciało i zmartwychwstać, wiem, że krakersy to jeszcze nie wszystko i gdzieś tam istnieją problemy większe niż wzrok nieustępliwie skupiony na kawałku kolana, który perfidnie śmiał minąć się z maszynką do golenia i który w świetle łazienki nie zdradzał żadnych oznak zaniedbania. Ja doskonale wiem, że z tym tu i teraz to nie do końca tak jest, jak ze śmiercią, że nie ma nic później, doskonale wiem, że pewnego dnia się obudzę, a słońce będzie już za chmurami, musicie wiedzieć natomiast, że moje lenistwo i chęć pozyskiwania szczęścia miewa zasady w najgłębszym poważaniu.

Bo ja naprawdę odpocząć nie potrafię, jeśli mi coś zagraca głowę, ja się muszę odciąć, ja muszę mieć gdzieś, bez tego ani rusz, bez tego to ja sobie mogę na chmurce leżeć i będzie niewygodnie, kiedy pod nią uwierać mnie będą w lędźwie wszelkie zła tego świata. Przyczyniam się więc do szerzenia szczęścia na świecie przez odjęcie od zbioru smutnych i rozgoryczonych jednej konkretnej osoby.

Nie wiem jaki olejek wziąć do opalania, osobiście wybieram tani, nie wiem jaki kostium nie wyjdzie z wody o trzy rozmiary za mały, spychając majtki w okolice kostek, nie wiem jaki filtr żeby nie było piegów, ja je wielbię, żałuję, że nie mam ani jednego. Nie mam pojęcia jakie buty do wspinaczki wysokogórskiej, moje kosztowały po dwóch dychach i wspinam się w nich wyłącznie na wyżyny własnego egocentryzmu, nie orientuję się jaki tusz nie spłynie po twarzy smolistą smugą po pływaniu z delfinami, nawet pryszcza przykrywam na wielkie okazje i nigdy nie nad wodę. Czysta obojętność wobec spraw przyziemnych działa natomiast u mnie jak złoto, odpręża bardziej niż cokolwiek, wtedy czuję się szczęśliwa i wtedy wyzwolona, zapatruję się bez reszty w ruch chmur na niebie o kołysanie fal, wtedy jestem sobą, to takie wygodne.

Lubię być zdecydowana, wiedzieć, że nie będzie przeszkadzał mi piasek w butach i ryba ocierająca się o kostkę, że gdy się przypadkiem w las na siku wybiorę , nie uwierzę w węża odgryzającego łechtaczki, lubię wiedzieć, że to jest dla mnie, że niczego nie będę się brzydzić, ani zwęglonej skórki ziemniaka, ani siebie, ociekającej potem po długim marszu, lubię czuć, że jestem tutaj absolutnie szczęśliwa, wtedy każdą niedogodność można wybaczyć, wtedy niewiele jest w stanie wyprowadzić z równowagi. Mogę odpocząć.

Mamy kilka godzin żeby zrobić sobie wakacje. Siadaj na kocu, zrobię ci miejsce, weź książkę, słuchawki, laptopa, popatrz na ptaki, przytul się do mnie, bądź szczęśliwy, tyle nam wystarczy, jesteśmy w raju.

Dwadzieścia pięć centymetrów do krawędzi świata.

Jak dopiąć swego? Mówią, że to takie łatwe, te wszystkie poradniki, te wszystkie słowa święte, krzyczą jednym głosem, że trzeba ruszyć z miejsca, a potem trwać w konsekwencji, teoretycznie tyle wystarczy, teoretycznie to naprawdę ważne, w praktyce również. Jednak rzadko spotykam przedstawianie złotych środków na chwile, w których krew zalewa i szlag jasny trafia, mało miejsca poświęca się tym mało zdolnym, nieudolnym, sfrustrowanym, mimo wszystko zdecydowanym. A niekiedy to okazuje się najtrudniejsze. Próbowanie dalej mimo że nic nie idzie jak powinno.

Uczyłam się pływać od czasu cholernie długiego. Każdego tygodnia wskakiwałam w klapki i człapałam na basen, to dobre na powyginany kręgosłup, to korzystne dla mięśni, to zbawienne dla kogoś, kto z zazdrością patrzy na ludzi przeszywających zalewy, jeziora, wszelkie zbiorniki wodne. Przez całe długie lata moje postępy były bardzo nieznaczne, mimo, że naprawdę się starałam. Jeśli kiedykolwiek miałaby zaistnieć tutaj wpis motywacyjny*, byłby właśnie o tym, czego uświadomienie sobie sprawiło, że ze złości nie wyrwałam sobie z głowy wszystkich włosów. Nie mówię, że zadziała, wiecie, ja zawsze piszę bzdury, może i tym razem, nie chcę wprost nikomu radzić, oddaję jednak pokłon tym, którzy nie potrafią, lecz próbują.

#Nie tak szybko…
Potrzebuję czasu, ja doskonale wiem, że potrzebuję czasu. Żaden ze mnie geniusz, żadna jednostka nadzwyczajna, zdolności ponadprzeciętnych nie stwierdzono, przemknęło coś ukradkiem o uzdolnieniach literackich, ale umknęło bez zrobienia hałasu. To nie byłam ja, nie stawałam na podium, nie sprawdzałam w odbiciu pucharu, który profil lepszy do zdjęcia, nie ja trzymałam dyplomy, chyba, że te za udział, te, których nie lubię bardzo ale bardzo, bo robią łaskę i robią nadzieję. Oklaski, gromkie brawa, proszę bardzo, to nie dla tutaj, mnie się nie należy, ani za zdolności ani za wysiłek, tak wiem – leniwe byle co, tak sobie myślę czasami, bez cienia żalu, bo bycie leniwym byle czym wybrałam sama i do odwołania. Potrzebuję czasu. Czterdzieści pięć minut zawsze było za krótkie, by napisać egzamin, skupienie przychodziło po kilkunastu minutach, pełna mobilizacja mózgu następowała trochę przed dzwonkiem, wtedy mogłam przenosić umysłem góry, ale zegar tykał. Za krótki był rok moczenia się w wodzie i siedem kolejnych, ale w końcu ruszyło. Bo ja potrafię, ja umiem, ja mogę, ale widzicie, nie od razu. Tyle ich było, tyle się nauczyło, tyle odeszło, tyle szybciej niż ja, niech będzie, niech osiągają sukcesy, dla mnie proszę wolne tempo, być może do takiego ślimaczenia jestem stworzona. Po woli też się da.

#To nie jest nic.
Skłamałam wtedy pisząc, że to trzy metry, bo mniej, tylko dwa. Dwa. Szybko kalkulując dwadzieścia pięć centymetrów powyżej czubka głowy zakładając rzecz jasna, że moje stopy dotknęłyby dna. Mam nadzieję, że kiedyś dotkną, mam nadzieję, że będzie to zwyczajne. Dwadzieścia pięć. Mało, prawda? Mikroskopijna cząstka świata, jeszcze mniejszy skrawek ludzkich możliwości. W pierwszej klasie szkoły podstawowej pani zapytała mnie, kim chcę być, gdy dorosnę. Powiedziałam tak jak było, że superbohaterką. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Może to dlatego? Tylko tyle, stać mnie na to, dwadzieścia pięć centymetrów to nie wszechświat, ale nie od razu, o tym już powiedziałam, że robię małe kroczki, ale istotne jest to, by kroczek nadal stanowił przesunięcie. Nie zawsze tak to wygląda, to znaczy – nie dla każdego. Łatwo mówić ludziom, że nic nie zrobili, łatwo odmierzać postępy linijką, łatwo zmiażdżyć w dłoniach każdy sukces, łatwo rzucać słowami i łatwo nimi trafiać. To proste, tak powiedzieć, że nie ciesz się nie ciesz, to drobnostka, to głupota. Ludzie są leniwi, czasami ciężko przychodzi oswojenie się z myślą, że to może nie jest nic. Stanowczo wykluczam więc wszelkie oskarżenia o własnej bierności i błahości dokonań, głęboko wierzę bowiem w to, że postęp ocenia się w fazie pracy i efektach względem początku, a nie w odgórnie ustalonych normach, nie wymaga się w końcu od małych piłeczek, by odbite wzniosły się równie wysoko co chmury. Każdy ruch w stronę upragnionego powoduje zmniejszenie dystansu, które nigdy przenigdy nie równa się staniu w miejscu. Wznoszę więc dwadzieścia pięć centymetrów poprzedzone siedmioma latami do rangi sukcesu i nic nikomu do tego.

#Nie mam się czego wstydzić…
Mam prawo. Mam cholerne prawo nie umieć i bać się, tego się nie wyrzekam, tego się nigdy nie wyprę, że jestem człowiekiem. A ludzie tal często bywają mali, często słabi i tchórzliwi, trwam więc przy tym wiernie, lubię bowiem, gdy ludzie poznają mnie również od złej strony, to wiele ułatwia, to znacznie ogranicza rozczarowania, choć w tym przypadku, w tym przypadku trudno mówić o czymkolwiek złym, po prostu nie potrafię. Po prostu przeraża mnie mętniejąca głębia zwartej wody, przeraża jej ciasnota i bezwzględność, przeraża myśl, że pod nią nie można oddychać. Oddech. To tak ważne, tak potrzebne, momentami warstwa cieczy zdaje mi się niemożliwa do przebicia, wydostanie się spod niej graniczy z cudem, w pewnym momencie mojej słabości zdaje mi się, że głowa, która raz znalazła się pod taflą zostanie pod nią zawsze. Pisałam już o strachu. O tym, że niewiele ma wspólnego z logicznym myśleniem. Nie uważam, żeby tak naturalna jego obecność czyniła mnie czymkolwiek gorszym. Nie uważam, że muszę tłumaczyć, dlaczego drżą mi dłonie. Jestem taka mała i drobna wobec wszechświata, próbuję unosić się na wodzie całkiem nieporadnie, proszę mi tego nie wybaczać, bo ja nic nie zrobiłam. Nie mam zamiaru oceniać własnej siebie przez pryzmat cudzych osiągnięć, uparcie odganiam niewygodne myśli, nie, nie jestem beznadziejna, nie jestem żałosna tylko dlatego, że się boję. Jestem dumna z tego, że mimo wszystko się staram.

#Mam prawo wierzyć, że się uda. 
Nie chcę się zniechęcać. Jeszcze jedna próba nic nie pogorszy, kolejne dwieście także, za następną może się udać, chcę być tą, która tam będzie. W rozczarowaniu światem nie chcę rzucać w niego błotem, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, nikt nie mówił, że dopnę swego, nie będę mieć o to pretensji. Mogę dawać z siebie wszystko, mogę pokonywać więcej niż kilka metrów, swoje słabości, swoje strachy, mogę walczyć z własnymi demonami, budować cierpliwość, to zawsze coś daje. Unoszę wysoko głowę i mówię sobie, że to nie koniec świata, bo faktycznie nie, jesteśmy jeszcze daleko, ale jednak już bliżej. Nie zniechęcam się, nie szukam powodu, moim świętym prawej jest móc przeć w kierunku nieuchwytnych marzeń i trwać w niezachwianym przekonaniu, że każdy powinien mieć to wszystko gdzieś. Nawet jeśli ostatecznie skończymy na niczym.

Przepłynęłam. Wpłynęłam na prawie że dwa metry i jestem bardzo z siebie dumna. Zanurzam twarz w wodzie, rozdymane policzki przecina szeroki uśmiech, teraz mogę iść i władać światem. 
*Pseudomotywacyjny. Nie jestem nikim kto mógłby na poważnie mówić ludziom jak osiągnąć cokolwiek.

Gorzkość śmiechu.

Antykobieta się chyba starzeje. To już? Tak szybko? Ukradkiem szukam siwych nitek we włosach, bezskutecznie, głupia ja, to zdecydowania za wcześnie*. Wodzę wzrokiem po twarzy, analizuję każdy milimetr pod kątem ewentualnych załamań w skórze, nie, anty, nie wygłupiaj się, jeszcze nie teraz, jeszcze mimo wszystko do tego daleko. A jednak, coś nie jest na swoim miejscu. Spoglądam wgłąb siebie. Dusza mi tetryczeje. I poczucie humoru.

Miałam się nie wkurzać. Ja naprawdę miałam się nie wkurzać i miałam nie krytykować, taki był plan, takie były zasady, miało być jak nigdy, wyszło jak zawsze.

Śmiejesz się. Śmiejesz się głośno i donośnie, widzę, jak ci oczy zaszły łzami, zupełnie nie do pary z szerokim uśmiechem na ustach. Rechoczesz radośnie klepiąc się w uda, czerwony na twarzy, oddech łapiesz z trudem, jeszcze chwila i braknie. Krzyczysz, że aż cię brzuch rozbolał, kiwam głową w pełni umiejętnie, żeby wyglądało, że niby współczuję, Choć w głębi serca szepczę, żeby bolało i żeby ci flaki poskręcało w serpentyny.

Bo mnie naprawdę trudno wyprowadzić z równowagi, urazę potrafię zwalczyć szybko i skutecznie, niesmak w ustach pojawia się i znika, poza tym jak wiadomo uchodzę za osobę, którą niewiele co obchodzi. Kiedy jednak ktoś przerwie delikatną błonę mojej obojętności, złość ogarnia mnie nagle i absolutnie, zapadam się w nią bez reszty i bez tchu, budzę się później zlana potem i rozdygotana, mając przed oczami obraz czystej destrukcji, pole minionej walki sponiewierane zbyt ostrymi słowami, które nigdy paść nie powinny. Czasami uspokaja mnie mrowienie w zaciśniętych pięściach, daje sygnał, że trzeba ochłonąć, bo ja naprawdę nie chcę nikogo uderzyć, a nieczęsto nieposłuszne dłonie mają na to ogromną ochotę. (Zupełnie poważnie rozważam kupno worka bokserskiego).

To jednak nigdy nie daje się zatopić w morzu obojętności, to zawsze przyspiesza ruch krwinek w żyłach, to wznieca wściekłość, to stopniowo przekształca się w frustrację, gdy znów nie potrafię upomnieć i nie potrafię zareagować. Wystarczy powiedzieć, prawda? Problem w tym, że z anty to taka wyjątkowo miękka ciapa.

Czarny humor nigdy się nie zestarzeje. Podobnie jak dzieci z białaczką! (hehehe)
Dlaczego a Afryce nie piją alkoholu? Bo się nie pije na pusty żołądek! (hehehe)
Czym się różni mały żyd od dużego żyda? Małemu nogi nie wystają z pieca! (hehehe)

Bo ja tak naprawdę nie jestem sztywna, nie aż tak, nie chodzę w wypolerowanych butach i nie prawię kazań, tak naprawdę lubię się śmiać i na wiele pozwalam. Ja rozumiem, że ludzie mają różne poczucie humoru i ja rozumiem że dystans. W pełni pojmuję i akceptuję fakt, że śmieszą wulgaryzmy i że śmieszy kupa, że życia nie można brać nazbyt poważnie, że kij z tyłka trzeba regularnie usuwać, bo inaczej smutek, depresja. Daleko mi od rzucania błotem w miłośników komedii powiedzmy, że niskich lotów, powiedzmy, że być może głupich. Daleko mi, ja nie chcę mówić ludziom co ma ich bawić, ale tu robię wyjątek, tu jestem stara, tępa i zacofana, przystaję przy tym, że tak nie można, że koniec i kropka. Zaszywam się w swojej konserwatywności i macham palcem przed nosem, ze wysiłkiem na twarzy, bo wiem, że to nic nie da, ale czasami trzeba wylać złość na świat i na głupotę, czasami od tego lżej na duszy.

Nosz (tu następuje fala bardzo nieprzystojnych kobiecie, nawet anty słów)! Jak tak można? No jak? Jak można być tak ślepym, jak można mówić rzeczy tak bardzo nieprzemyślane, tak bardzo okrutne? Jak można śmiać się, nie, zostawmy śmiech w spokoju, jak można te słowa przepuszczać przez gardło, jak mogą pojawiać się w czyjejś głowie? Zrozpaczona i zła na świat tupię nogą, ale odgłos ginie pod warstwą rechotu, zaciskam pięści i nabieram w płuca powietrza. By krzyczeć. Żeby ogłuchli raz a dobrze.

Chore dzieci. Klęski głodowe. Holocaust. To już szaleństwo, czy jeszcze błąd w rozumowaniu? To już bezczelność czy jeszcze tylko głupota? Zanik uczuć, na to się dzisiaj podobno cierpi, rozdawałabym tabletki, ale nie posiadam, ja podobno jestem bez serca i podobno taka niewzruszona, ale nie, czuję  że nie jest jeszcze tak źle, że aż tyle się we mnie nie rozminęło, że potrafię odczuwać lęk, smutek, gorycz, że ledwo, ale jeszcze widzę granice, przynajmniej mam świadomość ich istnienia. Uważam, że śmianie się ze śmieci i cierpienia jest pierwszym przejawem utraty człowieczeństwa. Wygasania emocji, obumierania rozumu. Gnicia uczuć, upadku duszy, czymkolwiek jest dla ciebie. Uważam, że to złamanie podstaw szacunku dla człowieka i poniżenie samego siebie. Uważam, że to ten moment, ten próg, na którym dystans i swobodę należy zatrzymać i zostawić w tyle. I niech mi nikt nie mówi, żeby dupy nie spinać, bo zepnę jeszcze bardziej i nie ustąpię, we własnej liberalności wyznaczam sobie granice przyzwoitości, wierzę, że istnieją. I jeśli nie skończyły się wcześniej, kończą się tu.

Nie powiem, że marzy mi się, by każdy kto wyśmiewa „mydła z żyda” zasłużył na podobne piekło, bo nie chcę, by ono kiedykolwiek istniało. Życzę sobie, by pewnego dnia usłyszał swoje słowa i poczuł jak bardzo są odrażające. By do niego dotarły, by go zabolały, by zdały się przerażające i obrzydliwe, życzę przede wszystkim wstydu.

Dystans. Dystans też niestety trzeba mieć z klasą.
*Wiem, spaprałam, kiedy jest się równie młodym każda oznaka kojarząca się ze starością wydaje się odległa o dziesięciolecia.

Strach.

Samochód sunie między drzewami. Szybko, porywczo, w okół szaleje żywioł, nocne niebo pęka wyrzucając spod siebie oślepiający blask, strugi deszczu rozmazują obraz przed przednią szybą, nie wiemy dokąd jechać, ledwo widzimy litościwie lśniące znaki, koła kręcą się w szaleńczym tempie, próbując zawieść nas daleko od obłędu. Kolejne huki i trzaski wzmagają łomot w mojej klatce piersiowej, chce mi się krzyczeć, zatrzymać i oddać nieobliczalności. Milczę. Spoglądam na jej skupiony wyraz twarzy, pocieszam, że już tak niedaleko, za chwilę będziemy, mierząc wzrokiem kilkusetmetrową wieczność. Grudy lodu łomoczą o blaszaną powierzchnię, potok płynący po asfalcie rozbryzguje się na wszystkie strony, ciemność pochłania, szalejące w okół złote rysy łamią strumień wiadomości. Jedziemy. Suchość w ustach miesza się ze smakiem przerażenia…

Strach. Najsilniejszy środek motywujący.

Boisz się burz? Anty nie, ona absolutnie, wobec żywiołu pozostaje niewzruszona, kobieta zimnej krwi, gdy niebo jest bezchmurne, błyskawice rozstawia po kątach. Kiedy pogoda sprzyja człowiekowi, kiedy świat roztacza się w okół w rytm bezpiecznej harmonii, jej serce bije właściwym rytmem, rozum nie zawodzi, ręce nie drżą, jest spokojna i gotowa, mówi, że nie straszne jej pioruny, powtarza to z pewnością i uniesioną wysoko głową. Pod błękitnym niebem trzyma swoją duszę na sznurku.

Czego się boisz? Dużo tego. Zbyt dużo, by policzyć na palcach jednej ręki, a może i dwóch, niestety, w obliczu swojego majestatu pozostaję tylko małą tchórzliwą dziewczynką, siadam w kącie pokoju i odganiam myśli. Przeraża mnie wysokość, drżą mi kolana, gdy staję na krześle. Przeraża ciasnota, nie wchodzę do piwnic pod żadnym pozorem, w głowie mam zatrzaskujące się drzwi i pochowanie żywcem. Przerażają mnie głębiny oceanów i to, co tam się kryje, samotne nocne spacery, psy, co za głośno szczekają, trąby powietrzne i karaluchy na ścianach, z zasady nie oglądam horrorów, przeraża mnie myśl, że mogłabym umrzeć za wcześnie i ktoś by po mnie płakał. Przeraża wszystko co związane z obozami koncentracyjnymi, z wahaniem wpisuję same te słowa, ich brzmienie przebiega mi po plecach bolesnym dreszczem, unikam rozmów, zapisków nader wszystko zdjęć, od pewnego czasu za każdą stroną internetową stoi moja obsesja, że przypadkiem jakieś znajdę. I boję się burz.

Grad bombarduje szyby, mimowolnie przywołuję na usta imiona wszystkich znanych mi bogów i modlę się jedyną nieobcą jeszcze modlitwą zarezerwowaną na najbardziej szczególnie okazje: boże, jeśli istniejesz i czymkolwiek jesteś trzymaj te cholerne pioruny z dala od nas. Między świętościami szepczę w duchu przekleństwa, zamykam oczy, by nie widzieć pękającego nieba i kończę myślą, że niech uderza szybko i w miarę bezboleśnie.

Brat mówi, że to bez sensu, że przecież nic się nie stanie. Dziewczyno, ogarnij się, nie świruj, jeszcze nie, w okół nas są drzewa, jeśli ma trzaskać to tylko w nie! I jest w tym pewna logika, gęste lasy kryjące w sobie ciemność, dzikość i wisielców mogą być naszą linią obrony. Chwytam się jej z nadzieją, jednak oddech nie ustępuje, krew paranoicznie obija się o ściany tętnic.

Było już tyle burz, prawda? Tyle tego było i tyle będzie, roztrzaskane pnie ściągnęły na siebie żywioł, tylu przeżyło, może faktycznie nie ma się czego bać? Tylko, że strach, strach obdziera mózg z racjonalnego myślenia. Strach paraliżuje logikę i zdrowy rozsądek, w potoku szaleństwa przestaje być na to miejsce. Staję się zwierzęciem, które ucieka z obłędem w oczach, podkulam ogon i wierzę, ze to teraz, że dziś skończę zwęglona na popiół, to się wydaje tak prawdziwe, tak bliskie, niemal pewne, przed oczami złote rysy przecinają niebo rozpuszczając się na jego granicach, w mojej głowie celują prosto w nas, zwężają się ramy prawdopodobieństwa, abstrakcja bierze górę nad rozumem. Konające poczucie bezpieczeństwa doprowadza na skraj szaleństwa, strach kruszy wewnętrzną równowagę,

Strach. Ile to osób zabił? Ile to osób zmusił, by zabić? Ilu wyrwał duszę z ciała, ilu odebrał rozum? Zaciskam powieki i zęby, wrzynam walce w fotel i próbuję czekać. Niebo wypluwa kolejne mordercze smugi światła.

Czy potrafisz…?

Wpis, będzie krótki, bo gorąco i bo mózg wdeptałam w plażę w Cieszanowicach.

Ona. Proszę wybaczyć, nie mam zdjęcia, posłużymy się opisem. Ona siedzi na piasku i pisze po nim palcem, szybko, w skupieniu, litery wychodzą niewyraźne, krzywe, obłąkane, i tak ich nie czyta. Kończy się miejsce, zmazuje, pisze dalej, bierze na ręce pająka chwiejącego się na po sypkich fałdach brzegu, odkłada na trawę, wraca do pracy, jakby jej nikt tutaj nie widział. Czasami się śmieje, czasami przegryza dolną wargę, ale to nie ważne, to nic nikomu nie mówi.

Twarz czysta, nietknięta makijażem, błyszcząca się od kremu, włosy potargane, wymięte, wyjęte z namiotu dopiero co. Koszula zapięta jeden guzik poniżej granicy godności, pod koszulą kostium kąpielowy dwuczęściowy, ale jeszcze nie na teraz, słońce świeci jeszcze od niedawna, ziemia wciąż bije nocnym chłodem. Obok para czarnych japonek, stopy bose, wilgotne, na spodach podeszwy z piasku, na lewej nodze zadrapanie. Skóra biała wcale nieopalona, pod kolanami rozstępy, kilka też na biodrach, paznokcie krótkie, nie zabiją, chaos na głowie krótko przycięty, w kolorze zupełnie zwyczajnym, nie tak świeży jak dzień wcześniej, nie tak łatwo targany wiatrem, tylko grzywka wydostaje się spod kontroli, opada na nos, na policzki, pewnie wchodzi też w oczy. Wzrostu dużo, wagi i średnio i konkretnie, nogi takie aż po chmury, nad oczami rzęsy długie i płaskie, pod nimi fioletowe podkówki niezależne od przespanych godzin, kilka czerwonych kropek na czole występujących gościnnie. Pieprzyki na ciele w ilościach dużych, wystarczy?

Powiedz mi kim ona jest. Powiedz czy inteligentna, powiedz mi jak bardzo, czy aby nie wcale. Powiedz czy daleko w życiu zajdzie. Czy dobra z niej dziewczyna, czy uczciwa, czy w porządku, powiedz, czy można jej zaufać. Czy czasem nie czeka, żeby ci nogę podłożyć, bo diabeł z niej wcielony, bo noże w plecy wbija i skrzydła podcina w ramach osobistej pasji do bycia złą i wyrodną, powiedz mi, czy cokolwiek z tego jest prawdą. Dałam ci tak dużo, ubiór, kilka cech zewnętrznych ogólnych i szczególnych, powinno wystarczyć. Podobno tak łatwo odczytywać charakter z rysów twarzy i z koloru włosów, podobno każdy to potrafi…

A ty? Jesteś tym, który da radę?

Obroty.

Tak, wiem, że było. Tak, wiem, że już pisałam, że już wspomniałam, że co za dużo to nie zdrowo, absolutnie jestem tego świadoma, czy czuję się do tej zasady szczególnie mocno przywiązana to już inna sprawa. Ale wbrew pozorom nie zamierzam pisać recenzji.

Skwar. Na początku zawsze tak jest, staje się nieznośny, uporczywy, niewygodny, nikt tu nie przywykł do żaru spływającego z bezchmurnego nieba, kraj zaszczycił nas pogodą mieszaną z podmuchami wiatru, chłodem, śniegiem, burzami, deszczami, gradami, lodem na ulicach, błotem na chodnikach, zimnymi wieczorami, nie jesteśmy stworzeni, by skrawki płonącego słońca spadające na ziemię przyjmować za fakt naturalny. Mimo wielu letnich dni pozostawionych w naszej historii, nadal te wysokie temperatury są dziwne, nadal inne i ciągle niekomfortowe, inaczej nie będzie, nic tylko przywyknąć. A jednak w ostatnich dniach kryje się coś jeszcze. Coś w mojej podświadomości chłodzi ogień tego szaleństwa. Czuję, że coś wypaliło mi w mózgu zupełnie nowe tory.

Będąc zupełnie na świeżo z Wiekiem Cudów dostrzegam cudowność prawidłowego tępa obrotów ziemi. Obroty ziemi, o tym się nie myśli, to jedna z nielicznych spraw, które są dla człowieka równie potrzebne, co nieistotne. Trudno skupiać się na ruchach globu w obliczu tysiąca spraw bliższych skóry, szanse, że coś się w tej kwestii zmieni są zbyt małe i zbyt abstrakcyjne, by budzić zainteresowanie. I dobrze. Bo by nas cholera wzięła. A jednak teraz na wpół strawiona przez przeczytaną historię, nie potrafię się od tych obrotów oderwać, wciąż tropi mnie świadomość, że świat się porusza, że ogromny, opasły olbrzym unosi się w ciągłym ruchu, zachowując przy tym nienaganną regularność, a tak niepoznany i nieokrzesany wszechświat zawsze mógłby go spowolnić.

Może dlatego, że to wszystko było tak rzeczywiste? Że kolejne kartki książki nie były oddzielone latami, a zaledwie dniami? Że bohaterami byli zwykli ludzie, a wszystko działo się tak prosto, tak gładko, tak codziennie, bez gromów z jasnego nieba? Może dlatego to tak mocno mnie chwyciło i nadal trzyma?

Jak by to było obudzić się w świecie, w którym wszystko staje się zagrożeniem? Lubię noce. Są ciche, spokojne, samotne, dyskretne. Lubię patrzeć w rozgwieżdżone niebo, nie długo, bo nieprzykryty kojącym błękitem wszechświat wydaje się tak blisko, a on, jego rozmiar i głębia zawsze wzbudzały we mnie dreszcze przerażenia. Przez moment jednak daję sobie spojrzeć w usianą złotymi punktami czerń i szukam pasa Oriona, zawsze bez skutku, mam takie małe marzenie, by kiedyś go znaleźć. Lubię noce, bo wtedy potrafię się skoncentrować, wtedy dużo piszę, wtedy dużo czytam, odbieram sobie kolejne godziny ze sprawności organizmu, przymykam oczy do kolejnego poranka, ale widzicie, mnie właśnie wtedy się chce. Wieczorny chłód gasi żar skóry i uspokaja myśli, to mnie napędza, lubię ten stan, dlatego gdy inni śpią, siedzę i tłukę w klawisze, ja wiem, że to niezdrowe. Jakby to było obudzić się w świecie, gdzie noce ciągną się bez końca? Gdzie czterdziestoośmiogodzinna doba zalewa ciemnością świat na dłużej niż jesteśmy w stanie znieść, jakby to było znaleźć się w rzeczywistości, gdzie ten mrok zabija? Gdzie jego długość niszczy wszystko, co nie jest w stanie żyć bez światła, gdzie zabiera jedzenie, schronienie i pewność, że jutro nadejdzie? Gdzie z drugiej strony dni słoneczne, jasne i przewidywalne zaczynają skrywać w sobie niepokojące zagadki, a to, co dotychczas czyniło je bezpieczne i komfortowe staje się nie do wytrzymania? Wystarczy że ziemia zacznie wolniej się obracać.

Słońce które pali, ale nie parzy, nie ściąga skóry spod ubrania. Prąd, który płynie w przewodach stale, nie jest racjonowany, na rzecz utrzymania szklarni, produkujących całą żywność dla świata. Trawa, która rośnie, która nie umiera. Ptaki na niebie, nie na ziemi, nie opierzone truchła dryfujące po wodzie, trzeszczące pod kołami, nie ofiary zdradliwego przyciągania ziemskiego. Kilka produktów w lodówce, świeża sałata zamiast bunkra nafaszerowanego konserwami i jedzeniem w proszku. Wieloryby w wodzie, nie obracające się bez sił na suchym lądzie? Znane choroby i pogoda na następny dzień obok miliona niepewności, wystarczy, że ziemia krąży jak powinna.

Ludzie, którym odbija. Którzy szaleją, czekając, aż w radiów wypłyną wieści ostateczne, którzy są gotowi na wszystko i niegotowi na nic, którzy popadają w panikę widząc zaćmienie słońca, zamiast z zachwytem patrzeć w niebo. Ludzie, którzy tracą nadzieję na cokolwiek dobrego, dla których nic już nie ma prawa być normalnym. Ludzie zatruci strachem, odrywający się od rzeczywistości, coraz częściej uciekający w prochy, w alkohol, w wymiar własnego obłąkania, próbujący opatrywać rany na własnej psychice ranami na cudzym ciele. Ludzie powoli pozbywający się swojego człowieczeństwa. Podejmujący decyzję, które nigdy podjęte być nie powinny. Zdrada. Ucieczka. Izolacja od świata. Stawanie mu naprzeciw. Łamanie przyjaźni i związków jak suchych gałązek, wyjęcie pistoletu i pójście strzelać we własną lub cudzą skroń. Wiara w cuda. Świat zaszczuty okrucieństwem szwankującego wszechświata, świat, który traci kontrolę nad samym sobą, to, co wypracowane przez miliony lat, to co wprowadziło naszą rasę na jakże kruche miejsce władców świata zaczynają zastępować dzikie in instynkty. Wystarczy, że dzień stanie się dłuższy.

To tak się mnie ostatnio trzyma. Przebiega po plecach dreszcz cholera wie czego, gdy sprawdzam w internecie długość dnia i uświadamiam sobie, że mogę to zrobić, że to jest pewne i to wiadomo. Że tylko szesnaście godzin i trzydzieści trzy minuty, to poruszająco niewiele w kontekście doby, która mogłaby trwać tygodniami, rytm świata stał się nagle czymś nieskończenie ważnym, czymś niewyobrażalnie delikatnym. Prawa fizyki wreszcie przestały być tylko prawami, drobne procesy stały się wielkimi, historycznymi zmianami, które zaważyły o losach tysięcy dni. Naturalna kolej rzeczy, mikrozdarzenia wpływające na mijanie każdego poprzedniego dnia urosły do cudów. Świat stał się czymś więcej. Być może na krótko.

Normalność. Nic tak stabilnie nie trzyma przy życiu jak normalność.
[na olx ta powieść miewa absurdalne ceny, więc jeżeli ktoś ma ochotę zmierzyć się z końcem świata, a nie jest fetyszystą książek pachnących półką w księgarni to bardzo polecam.]