Dwadzieścia pięć centymetrów do krawędzi świata.

Jak dopiąć swego? Mówią, że to takie łatwe, te wszystkie poradniki, te wszystkie słowa święte, krzyczą jednym głosem, że trzeba ruszyć z miejsca, a potem trwać w konsekwencji, teoretycznie tyle wystarczy, teoretycznie to naprawdę ważne, w praktyce również. Jednak rzadko spotykam przedstawianie złotych środków na chwile, w których krew zalewa i szlag jasny trafia, mało miejsca poświęca się tym mało zdolnym, nieudolnym, sfrustrowanym, mimo wszystko zdecydowanym. A niekiedy to okazuje się najtrudniejsze. Próbowanie dalej mimo że nic nie idzie jak powinno.

Uczyłam się pływać od czasu cholernie długiego. Każdego tygodnia wskakiwałam w klapki i człapałam na basen, to dobre na powyginany kręgosłup, to korzystne dla mięśni, to zbawienne dla kogoś, kto z zazdrością patrzy na ludzi przeszywających zalewy, jeziora, wszelkie zbiorniki wodne. Przez całe długie lata moje postępy były bardzo nieznaczne, mimo, że naprawdę się starałam. Jeśli kiedykolwiek miałaby zaistnieć tutaj wpis motywacyjny*, byłby właśnie o tym, czego uświadomienie sobie sprawiło, że ze złości nie wyrwałam sobie z głowy wszystkich włosów. Nie mówię, że zadziała, wiecie, ja zawsze piszę bzdury, może i tym razem, nie chcę wprost nikomu radzić, oddaję jednak pokłon tym, którzy nie potrafią, lecz próbują.

#Nie tak szybko…
Potrzebuję czasu, ja doskonale wiem, że potrzebuję czasu. Żaden ze mnie geniusz, żadna jednostka nadzwyczajna, zdolności ponadprzeciętnych nie stwierdzono, przemknęło coś ukradkiem o uzdolnieniach literackich, ale umknęło bez zrobienia hałasu. To nie byłam ja, nie stawałam na podium, nie sprawdzałam w odbiciu pucharu, który profil lepszy do zdjęcia, nie ja trzymałam dyplomy, chyba, że te za udział, te, których nie lubię bardzo ale bardzo, bo robią łaskę i robią nadzieję. Oklaski, gromkie brawa, proszę bardzo, to nie dla tutaj, mnie się nie należy, ani za zdolności ani za wysiłek, tak wiem – leniwe byle co, tak sobie myślę czasami, bez cienia żalu, bo bycie leniwym byle czym wybrałam sama i do odwołania. Potrzebuję czasu. Czterdzieści pięć minut zawsze było za krótkie, by napisać egzamin, skupienie przychodziło po kilkunastu minutach, pełna mobilizacja mózgu następowała trochę przed dzwonkiem, wtedy mogłam przenosić umysłem góry, ale zegar tykał. Za krótki był rok moczenia się w wodzie i siedem kolejnych, ale w końcu ruszyło. Bo ja potrafię, ja umiem, ja mogę, ale widzicie, nie od razu. Tyle ich było, tyle się nauczyło, tyle odeszło, tyle szybciej niż ja, niech będzie, niech osiągają sukcesy, dla mnie proszę wolne tempo, być może do takiego ślimaczenia jestem stworzona. Po woli też się da.

#To nie jest nic.
Skłamałam wtedy pisząc, że to trzy metry, bo mniej, tylko dwa. Dwa. Szybko kalkulując dwadzieścia pięć centymetrów powyżej czubka głowy zakładając rzecz jasna, że moje stopy dotknęłyby dna. Mam nadzieję, że kiedyś dotkną, mam nadzieję, że będzie to zwyczajne. Dwadzieścia pięć. Mało, prawda? Mikroskopijna cząstka świata, jeszcze mniejszy skrawek ludzkich możliwości. W pierwszej klasie szkoły podstawowej pani zapytała mnie, kim chcę być, gdy dorosnę. Powiedziałam tak jak było, że superbohaterką. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Może to dlatego? Tylko tyle, stać mnie na to, dwadzieścia pięć centymetrów to nie wszechświat, ale nie od razu, o tym już powiedziałam, że robię małe kroczki, ale istotne jest to, by kroczek nadal stanowił przesunięcie. Nie zawsze tak to wygląda, to znaczy – nie dla każdego. Łatwo mówić ludziom, że nic nie zrobili, łatwo odmierzać postępy linijką, łatwo zmiażdżyć w dłoniach każdy sukces, łatwo rzucać słowami i łatwo nimi trafiać. To proste, tak powiedzieć, że nie ciesz się nie ciesz, to drobnostka, to głupota. Ludzie są leniwi, czasami ciężko przychodzi oswojenie się z myślą, że to może nie jest nic. Stanowczo wykluczam więc wszelkie oskarżenia o własnej bierności i błahości dokonań, głęboko wierzę bowiem w to, że postęp ocenia się w fazie pracy i efektach względem początku, a nie w odgórnie ustalonych normach, nie wymaga się w końcu od małych piłeczek, by odbite wzniosły się równie wysoko co chmury. Każdy ruch w stronę upragnionego powoduje zmniejszenie dystansu, które nigdy przenigdy nie równa się staniu w miejscu. Wznoszę więc dwadzieścia pięć centymetrów poprzedzone siedmioma latami do rangi sukcesu i nic nikomu do tego.

#Nie mam się czego wstydzić…
Mam prawo. Mam cholerne prawo nie umieć i bać się, tego się nie wyrzekam, tego się nigdy nie wyprę, że jestem człowiekiem. A ludzie tal często bywają mali, często słabi i tchórzliwi, trwam więc przy tym wiernie, lubię bowiem, gdy ludzie poznają mnie również od złej strony, to wiele ułatwia, to znacznie ogranicza rozczarowania, choć w tym przypadku, w tym przypadku trudno mówić o czymkolwiek złym, po prostu nie potrafię. Po prostu przeraża mnie mętniejąca głębia zwartej wody, przeraża jej ciasnota i bezwzględność, przeraża myśl, że pod nią nie można oddychać. Oddech. To tak ważne, tak potrzebne, momentami warstwa cieczy zdaje mi się niemożliwa do przebicia, wydostanie się spod niej graniczy z cudem, w pewnym momencie mojej słabości zdaje mi się, że głowa, która raz znalazła się pod taflą zostanie pod nią zawsze. Pisałam już o strachu. O tym, że niewiele ma wspólnego z logicznym myśleniem. Nie uważam, żeby tak naturalna jego obecność czyniła mnie czymkolwiek gorszym. Nie uważam, że muszę tłumaczyć, dlaczego drżą mi dłonie. Jestem taka mała i drobna wobec wszechświata, próbuję unosić się na wodzie całkiem nieporadnie, proszę mi tego nie wybaczać, bo ja nic nie zrobiłam. Nie mam zamiaru oceniać własnej siebie przez pryzmat cudzych osiągnięć, uparcie odganiam niewygodne myśli, nie, nie jestem beznadziejna, nie jestem żałosna tylko dlatego, że się boję. Jestem dumna z tego, że mimo wszystko się staram.

#Mam prawo wierzyć, że się uda. 
Nie chcę się zniechęcać. Jeszcze jedna próba nic nie pogorszy, kolejne dwieście także, za następną może się udać, chcę być tą, która tam będzie. W rozczarowaniu światem nie chcę rzucać w niego błotem, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, nikt nie mówił, że dopnę swego, nie będę mieć o to pretensji. Mogę dawać z siebie wszystko, mogę pokonywać więcej niż kilka metrów, swoje słabości, swoje strachy, mogę walczyć z własnymi demonami, budować cierpliwość, to zawsze coś daje. Unoszę wysoko głowę i mówię sobie, że to nie koniec świata, bo faktycznie nie, jesteśmy jeszcze daleko, ale jednak już bliżej. Nie zniechęcam się, nie szukam powodu, moim świętym prawej jest móc przeć w kierunku nieuchwytnych marzeń i trwać w niezachwianym przekonaniu, że każdy powinien mieć to wszystko gdzieś. Nawet jeśli ostatecznie skończymy na niczym.

Przepłynęłam. Wpłynęłam na prawie że dwa metry i jestem bardzo z siebie dumna. Zanurzam twarz w wodzie, rozdymane policzki przecina szeroki uśmiech, teraz mogę iść i władać światem. 
*Pseudomotywacyjny. Nie jestem nikim kto mógłby na poważnie mówić ludziom jak osiągnąć cokolwiek.

Reklamy

2 thoughts on “Dwadzieścia pięć centymetrów do krawędzi świata.

    • antykobieta

      Nawet nie wiesz ile takie komentarze dają siły i pewności siebie. To jest piękne w blogowaniu, to karmienie się nawzajem czymś dobrym. Życzę żeby stan ulgi się utrzymał, w razie czego wyobraź sobie bardzo bladą dziewczynę, która trzyma kciuki. Pozdr,

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s