Podaruję światu…

Bo ja nie jestem genialna. Nie przede mną będą pochylać głowę, nie ja was na księżyc poślę po lepsze życie, nie ja będę tępić komórki rakowe szybko i skutecznie, nie do mnie z problemami współczesnego świata, niewiele mogę i niewiele będę mogła, nie sprowadzę tu ani spokoju ani rewolucji. Na mnie nie liczcie, nie jestem do tego stworzona, nie mam prężnego umysłu ani silnej woli, by zmieniać. nie mam mocy sprawczej. Nie podaruję światu rzeczy wielkich.

Dam natomiast kilka prostych rzeczy od serca.

Dam światu moją wiarę w ludzi, rozdaj pełnymi garściami z całej jej olbrzymiej obfitości. Spośród kilku cech charakteru, które cienię w sobie bardzo, czasem ja jedyna, bo tak się ciężkie wydają, tak nieznośne, jak kula u nogi, ale ja je lubię i nie oddam, lubię swoją wyrozumiałość, cierpliwość, naiwność. To trudne do powiedzenia, bo na co dzień to ja serce mam ze styropianu i mało co mnie wzrusza, nie reaguję emocjonalnie, okazuję radość, ale w obliczu smutków noszę na twarzy żelazną maskę i milczę. Nie płaczę. Ale zawsze ostatecznie wychodzę na tą co broni. Bo ja zawsze próbuję i czasem aż mi z tym źle i niewygodnie, gdy widzę, że innych gryzie, że nie biorę ich strony, że znowu, że taka ze mnie opiekunka uciśnionych, cholera jasna. Ale ja rzadko stawiam się po czyjejś stronie tak naprawdę. Wiecie, nie lubię skazywać się na odsprzedanie duszy w imię sympatii, cenię sobie sprawiedliwość i nienawidzę patrzenia płytko, reaguję alergicznie na stereotypy, to wszystko. Tak sobie myślę, że o to chodzi, być może czasem bywam naiwna, być może, ale mnie to nie przeszkadza, sądzę, że o wiele lepiej dawać szansę na zrobienie drugiego dobrego wrażenia niż pięciotysięczną, bo to musi być coś i może coś się zmieni. Idealistką jestem, może, nie czuję się w tym źle, jeszcze nie, chcę ze swojej strony ofiarować ludziom trochę zaufania i to, że nie będę na nich patrzeć z góry i to mi daje spokój sumienia, że nie krytykuję i że staram się rozumieć. A ja lubię jak mi na sercu lekko, nie znoszę się męczyć. Chociaż czasem, czasem chce się być tym okrutnym, czasem żałuję, że nie urodziłam się sadystycznym ścierwem i nie mam wywalone, to by było łatwiejsze, ale teraz, teraz gdy jestem kim jestem staram się na każdym kroku dostrzegać u siebie cudze słabości, widzicie, kiedy pozna się własne demony, o wiele łatwiej widzieć człowieka w człowieku, o wiele łatwiej nabrać pokory, tym się mogę podzielić, że nigdy nie będę pluć na was jadem jako ta lepsza, że zawsze będę ufać, że choć mamy różne słabości i różne lęki, jesteśmy tym samym, a my wszyscy prędzej czy później będziemy tarzać się we własnych błędach.

Dam światu swój szacunek. Ile będzie go potrzeba. To nie jest towar, który powinno się dzielić ostrożnie, którego można sobie żałować, tego się nie chowa na czarną godzinę, szacunek ma sens na bieżąco pożytkowany. Obiecuję, że nie musisz być kaleką, nie potrzebujesz miliona zmarszczek ani pary jajników, ani odznaki weterana wojennego, nie potrzebujesz specjalnego stanowiska. Dawno przestałam dzielić na ważnych i ważniejszych. Dawno przestałam uwzględniać wyjątkowości. Nie do każdego pałam niepohamowaną sympatią. Ale o uprzejmość, sprawiedliwość i godne traktowanie możesz upominać się zawsze. Nie będę stawiać granic, narysuj je sam.

Dam światu moją obojętność. I to nie tak, że mnie nic nie obchodzi, mój kuzyn kilka razy dziennie powtarza, że ma w dupie i że po nim to spływa, mnie taka postawa razi i drażni, nie zamierzam jej reprezentować, sądzę, że nie wolno wszystkiego olewać. Nie, gdy się żyje wśród ludzi, to nigdy nie kończy się dobrze. Ofiarować mogę od siebie natomiast obojętność na rzeczy drobne, na rzeczy nieistotne, ja wiem, ja gadam jak skończona romantyczka, ale po rodzicach to mam, że ciągle próbuję sięgać nieba i się ledwie ziemi trzymam. Pozwolę ci być dziwnym człowiekiem, póki nikomu nie robisz krzywdy ani słowem, ani bronią, ani ignorancją. Pozwolę ci czuć się swobodnie z tym kim będziesz, ja wiem, to wiele nie da, ale jeśli chcesz, zawsze możesz przyjść tutaj i przebrać się za samego siebie. Zdaję sobie sprawę, że zabrzmię banalnie i że nikt mi nie uwierzy, ale ja twój wygląd mam naprawdę w głębokim poważaniu, bo ja ślepa jestem i rozkojarzona i takie szczegóły umykają mi nagminnie, jeszcze o tym wspomnę. Mam gdzieś, że przeklinasz i że palisz papierosy. Mam gdzieś, że nie jesteś dziewicą od trzynastego roku życia, że nie golisz włosów na nogach, że opowiadasz mi o rzeczach, w które nie potrafię wierzyć, że wybuchasz złością, że nie radzisz sobie sam ze sobą, że nie podoba ci się kim jestem i że to wszystko piszę, mam gdzieś, że uważają cię za chorego, ale ty nie wierzysz, że jesteś jedyny w swoim rodzaju i że idziesz z prądem, mam gdzieś, że się ze mną nie zgadzasz, to naprawdę nie ma dużego znaczenia. Nie jestem idealna i nie będę oczekiwać tego od ciebie, możesz na mnie liczyć, że nie będę patrzeć ci na ręce i mówić po kątach, że nie będziesz płakać, bo mnie się zachce patrzeć jak ci przykro, nie, nie chcę tego. Możesz się sam sobą brzydzić, ja nie będę, nie mnie oceniać, nie jestem bozią i za bardzo mam wątpliwości, że nigdy się nie zmienię.

Dam światu swoją uczciwość. Ja wiem, dzisiaj nie można, dzisiaj trzeba zagryzać żywcem, bo inaczej nie dam rady. Dzisiaj trzeba podrzynać gardła i noże w plecy wbijać, trzeba pobrudzić sobie ręce, by nie skończyć na śmietniku. Może. Ja jeszcze za młoda jestem, by nie być naiwna, ale teraz, teraz chcę być uczciwa. Chcę grać fair i na tym mi zależy, to nie aż takie wyrzeczenie, inaczej czułabym się ze sobą źle.

Dam światu swoją refleksję i to co z niej wyniknie. Bo widzicie, ja myślę bardzo dużo i nie twierdzę, że to lepiej, ja zastanawiam się ciągle i ciągle to mój nałóg, to moja pasja, to mnie pożera każdego dnia, strumień myśli przelewający się przez głowę, wyciekający wszędzie w okół, niedający mi usnąć, dlatego lubię samotność, że gdy w mojej głowie tak wiele się dzieje, nie muszę nadążać za wszystkim co na zewnątrz. To moja obsesja, ciągłego udoskonalania swojej osoby, nie wiem, czy w dobrym kierunku idę, nigdy się nie dowiem, nie stawiam granic moralności i unikam krytyki, poruszam się w stronę, którą czuję, być może zupełnie niesłusznie, ale tak mi dobrze, dzięki temu trwam w przekonaniu, że jestem dobrym człowiekiem, to bardzo budujące, gdy stawiasz to sobie za cel nadrzędny. Każdego dnia próbuję być dla siebie i dla świata lepsza, ja niewiele robię prywatnie, ja jestem raczej nudna i raczej leniwa, absolutnie mnie to nie boli, być może mogłabym działać bardziej i mocniej, ale nie chcę. Pochłania mnie rozwój wewnętrzny, pochłania duchowość, uczuciowość i kształtowanie światopoglądu, pochłaniają próby spoglądania na świat wciąż w inny sposób. Dam od siebie to, że będę dalej próbować być dla was lepsza, że postaram się nigdy nie utknąć w miejscu, myśląc, że nie mogę być kimś więcej. Nie pozwolę, by świat przede mną uciekł, żebym została w cieniu. Chcę wciąż widzieć was w pełnym spektrum barw.

Resztę drobnostek ofiaruję pojedynczym osobom. Miłość. Czas. Rozmowę.

To tyle ile teraz mogę zaoferować ludzkości. Kolonizujcie obce planety na własną rękę. Enjoy.

(wpis lekko naćpany, bo pisany w nocy, ale tym razem wyrobiłam się w porę, tylko internet mi uciekł)

Wszystko co dobre zaczyna się od kota.

Znalazłam w pamięci książkę jedną z ulubionych, książkę pełną pięknych słów. Chciałam was ze zapoznać, ale nie wiedziałam jak, coś w niej było tak szczególnego i tak ulotnego, bałam się, że to po drodze zgubię zgubię, że nie przedstawię tak jak powinnam i trzymałam to w sobie, czekając aż zdania mi się same w głowie splączą i nie uronię tej świętości ani kropli. I tak się to do mnie przykleiło.

Bo wy wiecie, że ja szalona jestem jak cholera jasna, rozrywkowa dusza taka, co jej wszędzie pełno, a najwięcej to na łóżku, na fotelu i przy lodówce. Wiecie, że ja na granicy żyję, że jeżdżę na rowerze i jedną ręką się trzymam, że nie straszny mi oddech śmierci na karku, gdy drżącymi rękoma wsypuję do miski płatki śniadaniowe po godzinach wieczornych, jeszcze nie umarłam, ale nigdy nie wiadomo, całe szczęście, że mleko jest uniwersalne i nie trzeba się bać. Wiecie, że czasem wezmę pająka na ręce, taka jestem szalona, że choć mamę i tatę i brata kocham, to pęknięte płyty chodnikowe depczę z premedytacją, lubię tę adrenalinę pieszczącą zakończenia nerwów i krew uderzającą do głowy, to mnie napędza, to mi przypomina, że żyję. Wiecie, że duszą towarzystwa jestem. Taką prawdziwą. Co jej ani widać ani słychać. Akurat tutaj nie muszę się przedstawiać.

Nudna być zamierzam ile pan bóg da, ale mimo wszystko.

Postanowiłam narzucić sobie pewne wyzwanie, o którym powiem na końcu, możecie scrollować, nie mam tu jeszcze swojej społeczności, nie zrobię z tego wydarzenia, stawiam sobie cel, jeśli chcecie, możecie spróbować razem ze mną. Ale miało być o książce.

Wspominałam kiedyś, że do streszczeń i recenzji to się mój mózg absolutnie nie nadaje, wybaczcie. Zacznijmy może od tego, że Miłość przez małe m nie nie do końca jest książką o miłości, co sugeruje tytuł i nie do końca książką o kocie, co sugeruje okładka. Sprawa wygląda tak, że jest facet obdarty ze wszelkich namiętności, facet ze smutną miną, facet z bałaganem w uczuciach, jest to małe włochate dziadostwo co miałczy. I oni zaczynają na siebie działać. Powieść ma duży potencjał, by się nie podobać, jest mocno filozoficzna, mocno naiwna, bardzo dziwaczna, podobno płytka, być może, wy wiecie, że ja taki prosty Janek z Pierdziochowa i na wyżyny intelektualne się nie wspinam, w głębi przekazu się topię i nie mogę oddychać. Miłość wypełniona jest bardzo szczególnymi bohaterami, ładnymi słowami oraz intensywną refleksją i w zasadzie niewiele tam się dzieje. Spośród wielu orzeźwiających umysł myśli upodobałam sobie jedną szczególną, dominującą w tym wszystkim, zauważoną w biegu wydarzeń, odkrytą przez głównego bohatera, ostrożnie wdrażają przez niego w życie. Że by coś zmienić zwykle wystarczy tylko lekko zmienić kurs. Trzeba działać inaczej.

Nie potrafię stwierdzić kiedy zaczęłam myśleć o tym tak poważnie. Wyżarte z emocji dni pozwoliły mi zaganiać myśli w głębsze zakamarki pamięci wtórnej. Od momentu zachwycenia się tym prostym faktem zaczęłam mieć go na uwadze cały czas i w pewnym momencie połączyłam to z książką. I wyszło. Cholera wyszło jak nigdy. Powieść czytałam bardzo dawno, ale dopiero teraz dostrzegam, że być nie warto kończyć jej na ostatniej stronie. Teraz na mnie działa i jestem coraz bardziej podekscytowana, że to takie łatwe.

Bohater Książki postanowił przyjąć kota pod swój dach. Odnalazł w sobie potrzebę kochania i potrzebę poświęcania czasu, wyszedł do ludzi i do samego siebie, naprawił relacje w rodzinie, zatrzymał się, żeby pomyśleć.

Antykobieta wdała się w internecie dyskusję z osobą o zupełnie odmiennych poglądach. Zamiast zwyczajowo rzucać się z zębami na tętnicę szyjną postanowiła uśmiechnąć się i nabrać pokory. Poznała całkiem fajnego człowieka, spędziła miło wieczór rozmawiając na bardziej neutralne tematy.

I tego jest mnóstwo. I wy nie widzicie jak bardzo mi ręce latają i jak bardzo nie wiem co ze sobą zrobić, bo taka jestem szczęśliwa jak dawno. Dawno żadna myśl nie wzięła mnie żywcem jak ta, dawno nie miałam tak dobrego planu, wiecie, najlepsze cele to takie, których realizacja nie przeraża. A ja nic sobie nie narzucam. Chcę tylko spróbować jak to jest robić na złość samemu sobie i jak daleko mnie to zaprowadzi. Chcę mieć ten komunikat z tyłu głowy, chcę żeby to było moim batem i chlastało mnie po plecach, dodając odwagi, kiedyś o już wspominałam, że tego potrzebuję, wyznacznika działań i wyraźnego sygnału, to mi dodaje pewności, , że to wszystko wciąż jest wykonalne. Chcę zacząć od banałów. Chcę poznawać nowe smaki i nowe rozwiązania. Chcę przetestować kilak granic i szukać innych rozwiązań, spojrzeć od innej strony, być może da się inaczej i być może fajniej. Drobnostki. Rzeczy, na które bym się nie zdecydowała. Bo ja lubię sobie udowadniać, ja się lubię wbrew pozorom z samą sobą przekomarzać i nerwy psuć, tor myślenia siłą przestawiać nawet jeśli wszystko we mnie próbuje się bez sensu bronić. I oto zamierzam pokazać, że nie tylko wydeptaną ścieżką da się iść.

Zróbmy to na przekór sobie. Zróbmy to na odwrót, wbrew zasadom, wbrew oczekiwaniom cudzym i własnym, zróbmy to na złość przyzwyczajeniom, zróbmy do lustra duże oczy. No bo jak to tak? Śmiejmy się przez łzy, uśmiechajmy się z zaciśniętymi zębami, pójdźmy inną drogą choćby się kolana trzęsły, zatrzepoczmy rzęsami i odlećmy. Pokręćmy głową, zabawmy się.

Zróbmy to inaczej.
***
Ogłoszenia drobne: nie ma mnie tu dużo bo nabijam expa.

Głupotki.

Siadanie do klawiatury z zamiarem napisania o wyjątkowo dużych drobnostkach.

Szczęśliwe zakończenia. W całym zakresie swojej tolerancji nie umiem pojąć innej postawy, to przecież takie ładne i takie pocieszne i tyle czasu oszczędza, nie trzeba marnować cennych minut dnia codziennego na badanie prawdopodobieństwa pomyłki lekarza stwierdzającego zgon w przypadku utraty dziewięćdziesięciu procent krwi… Bo te filmy na przykład to mi się nawet zdarza przeżywać i naprawdę lubię odchodzić od nich ze spokojną głową, choćby to kosztowało  nagięcie wszelkich granic logiki.

Książki na półce ułożone wedle schematu narzuconego z góry. To jedno z niewielu miejsc w moim życiu, w które wkrada się porządek, zabawne, wiecie, ja z tym słowem naprawdę mam niewiele wspólnego. Ale bolą mnie zabrudzone okładki i pozaginane rogi, boli czekolada na brzegu kartki i przetarte krawędzie, ja wiem, niepotrzebnie, nie lubię perfekcjonizmu u siebie, czuję, że marnuje mi czas i nerwy, to kolejne pojęcia zupełnie mi obce, chwała tym, którzy z czystym sumieniem dążą do zrobienia czegoś dobrze i do końca. Moje książki absolutnie nie są w doskonałym stanie, choć bym chciała żeby były, ale widzicie, mnie się w rękach wszystko w proch obraca i sypie, a ja wolę już korzystać z tego dobrodziejstwa tak, żeby było ono strzępach niż żeby na mnie z półki patrzyło nigdy nieruszane. Nie mam tego szalenie dużo, bo by mój portfel za bardzo płakał, głównie wypożyczam, co mi się spodoba szczególnie, ląduje na półce, stąd bardzo niewiele odpadu. Powieści pedantycznie ustawiam tak, by ulubione nie stykały się z tymi, które przestałam już rozumieć. Lubię też oryginalne okładki.

Zaczynanie jedzenia loda od czekolady, odrywam grube warstwy zębami i dopiero zjadam, to mi sprawia ogromną, niewytłumaczalną przyjemność, żałuję tylko, że tej czekolady nie da się odłożyć, bo ja z tych, co najlepsze elementy dania zostawiają na koniec. Znajdowanie strategii jedzenia kanapki tak, by najlepsze zostało na ostatni gryz.

Płynny strumień mowy. Zawsze zastanawiam się, kiedy się zatnie, ja zawsze się zacinam, prędzej czy później muszę zaplątać się we własne słowa, zapomnieć, ominąć, pomylić się, zejść z toru, wrócić na miejsce, no wiecie, w gadaniu to ja jestem raczej bardzo kiepska. Mówię dużo i bardzo szybko, zaczynam kilkanaście tematów naraz, czasami któryś kończę i nigdy tak naprawdę nie wiadomo o co mi chodzi. Dlatego piszę, to o wiele łatwiejsze.

Rosjanki mówiące po angielsku. Jest to kolejna z szeregu moich niezupełnie normalnych przypadłości, ale tak, zdecydowanie, mogę tego słuchać bez końca. Zwłaszcza, gdy Rosjanka jest bardzo rosyjska, to znaczy taka jak mi się wydaje, że powinna być, to jest blada, to jest blond włosa, harda, mocna i zimnej krwi, a ja mogę sobie wyobrażać, bo na wschodzie nigdy nie byłam. Piękne kobiety. Wracając – język angielski sam w sobie, choć używanie go, mimo chęci szczerych i ogromnych sprawia mi sporo problemu. Uwielbiam go słuchać, kocham subtelność brytyjskiego akcentu, często wracam do serialowych scen lub wywiadów wyłącznie po to, by delektować się pojedynczymi słowami. Dreszcz ekscytacji wywoływany absolutnie osobistymi dziwactwami.

Wychodzenie z domu bez makijażu. Kocham to, że mogę potrzeć oczy bez skutków ubocznych i że wtedy czuję się taka lekka, czysta i obojętna, nie każdy lubi, ja wiem, ale mnie tak dobrze, nie bez powodu jestem antykobietą. Z rozkoszą ignoruję wszelkie mankamenty urody, by przekonać się, jak dobrze mogę czuć się we własnym ciele, taka bzdura, widzicie, ja uwielbiam być przekorna wobec rzeczy teoretycznie mogących wywoływać niezadowolenie. Lubię wierzyć, że nie mam wobec swojego wyglądu żadnych zobowiązań i nikomu nic do tego. Uśmiechanie się do zdjęć pełnią krzywych zębów. Mówienie, z przekonaniem, że się ładnie wyszło, chociaż to nie prawda.

Śmianie się głośno i do wspomnień.
Udawanie przed wszystkimi, ze są słowa, których nie ma.
Plaski z dużymi kawałkami jabłek.
Nieubieranie się elegancko.
Publikowanie posta w terminie (na pewno nie tego).
Poruszanie się w podskokach.
Zabawne rzeczy, które rozumiemy tylko my.

Spotkałam dzisiaj nauczycielkę chemii z gimnazjum. Jest tak samo mała i tak samo ruda i nawet tak samo śmieszne się ubiera, wspominam ją dobrze, nigdy w życiu mnie niczego nie nauczyła. I uśmiechnęła się wtedy tak miło i tak serdecznie, że do teraz mnie trzyma. Życzliwość.

Dialogi wewnętrzne 1# – Pustki.

Bo plan był taki, że będzie mnie tu dużo jak jeszcze nigdy i że się ode mnie nie odpędzicie. Taka będę aktywna, taka głośna i taka kolorowa, miałam kruszyć klawisze, kruszyć wasze mózgi, nie spać po nocach, zdzierać opuszki palców, podbijać świat. Taki był plan, że będziecie mną rzygać tak tu będzie tłoczno. I co? I nic.

A ja naprawdę chcę, żeby #antykobieta przeżyła. Zbyt dużo przerobiłam blogów co zostały porzucone, co zarosły mchem, zbyt dużo tego było i teraz już nie ma, kilka z nich naprawdę lubiłam, kilku żałowałam, z tym miejscem miało być inaczej, na dobre, na złe i po grób. Ja wiem, za każdym razem tak sobie myślałam, że idzie rewolucja, za każdym razem wiodłam plany i miałam duże marzenia, ale teraz to ja tak naprawdę i na serio – inaczej – teraz wiem już trochę więcej, trochę więcej niż na początku, a ponad wszystko to, że takich wiar jak wiara, że się uda tak łatwo porzucać nie można. I naprawdę było fajnie, i naprawdę potrafiłam zagryźć zęby, żeby ciągnąć dalej, naprawdę mi się podobało, że idzie tak dobrze i tak prawdziwie, pierwszy raz nie postawiłam ani na ilość ani na jakość, postawiłam na szczerość i to zadziałało. Na mnie zadziałało, poczułam, że mi z tym dobrze, a o to chodziło. Ustaliłam rytm, który udawało mi się utrzymać, wzięłam rozpęd i biegło nam się fajnie, ale teraz pierwszy raz walnęłam o ścianę, pierwszy raz rozbiłam się o pustki w głowie i o poczucie, że nie mogę i że znowu skończymy jak kończyliśmy. I teraz panikuję. Tak wcześnie? Jeszcze nawet nie dostałam zadyszki.

Pustki. Pustki w głowie przede wszystkim i taki brak poczucia, że można wycisnąć z siebie jeszcze trochę. Brak pewności, że będzie jak nigdy, a to tyle siły to wydobywało i energii, i tak mocno dawało po mordzie, że aż się chciało siedzieć po nocach i walić w te klawisze, a teraz nic. Teraz tylko przewlekłe niedobory czegokolwiek i palce zawieszone nad klawiaturą, zero słów wstępu i zero rozwinięcia, nie wiem o czym pisać i jak coś z tego ulepić. I ja wiem, może to zwykła blokada, może minie, ale mnie po prostu bardzo źle z myślą, że mogę znowu zawalić.

Przyłapuję się na tym, że szukam w internecie propozycji, o czym pisać. Brat podpowiada, że mogę zrobić taki sama, bardzo mądrze, wstańmy i klaszczmy, gdybym wiedziała jakie tematy poruszać, kiedy się nie wie i nie może to bym je dawno wykorzystała. Tymczasem nie wiem. Czas mi umyka, próbuję przypominać sobie o jego istnieniu i o tym, że nie da się go cofać, inaczej mam wrażenie, że gubię minuty przy każdym kroku, a to nie jest miłe uczucie.

Zapycham pustki byle czym.

Oglądam pierdoły zupełnie biernie i zupełnie bez sensu. Ogóra na przykład. Nie żeby Ogór nie dawał mi radości, to kolejny serial o gejach, co w moim przypadku mówi samo za siebie i tak, wiem, mam nawalone we łbie. Z całym szacunkiem do mojej własnej osoby, łagodniejsze słowa nie przystają żadnemu z moich licznych ataków niepohamowanego rozczulenia. Nie wiem skąd to mam ani po kim, ale zupełnie przewraca do góry nogami moje spojrzenie na cokolwiek. I filmy zaczynam oceniać niemal bezkrytycznie, bo mi się priorytety poprzestawiały na zupełnie dziwne i zupełnie nieakceptowalne nawet przeze mnie, koleżanka się skarży, że jej to się sami rudzi podobają, a ja bym sobie w pysk dała, chociaż takiej ładnej mordy to jednak trochę szkoda, bo przyłapuję się na tym, że przykro mi, że mój przyszły teoretyczny facet nie mógłby być gejem. Cóż. Przyjmę sprawny mózg w rozsądnej cenie.

Opycham się. Jem grejpfruta, mam na niego sposób. nie pamiętam od jak dawna, od zawsze chyba. Jako szczenię przekrajałam go na prostopadle do soczystych cząstek, posypywałam obficie cukrem, by zabić gorycz i jedno pół dawałam dziadkowi, jadłam łyżeczką wygrzebując miąższ. Teraz dziadek nie zawsze ma ochotę, ale mnie zwyczaj pozostał, chociaż biurko się całe lepi i ręce i klawiatura, ja wiem, ble. Kocham też czereśnie, nawet bardziej, uwielbiam ich okrągłość i głęboki kolor, uwielbiam pestki i ogonki rzucane za siebie na trawę jak gdyby nigdy nic, bez wyrzutów sumienia, kocham, gdy pękają pod siekaczami i barwią opuszki palców na ciemnoczerwony kolor. Zmywam go wtedy ciepłą wodą jakbym zmywała krew z rąk, uśmiecham się, bo tak to wygląda.

Przeglądam Facebooka, ostatnio spędzamy razem dużo czasu, to wbrew pozorom nie aż tak normalne, jeszcze niedawno wchodziłam tam rzadziej niż od święta, zupełnie nie mogłam obyć się z myślą, że coś takiego może zapełniać czas, teraz zapełnia go sporo, większość pustych minut, których nie ma gdzie upchnąć w dobie. Obecnie przywykłam do tego na równi z korzystaniem z telefonu, chociaż ludzie jeszcze się dziwią, że odbieram, gdy dzwonią. No cóż. Trudno mieć do nich o to pretensje, przez ostatnie lata skontaktowanie się ze mną zahaczało o cud, podłączanie telefonu do ładowarki było wówczas tak drobne i nieistotne. Scrollując tablicę natrafiam na zdjęcie głodnego murzynka. Ok, koniec, dzisiaj już koniec, kto wie, co jeszcze znajdę, być coś gorszego, być może już nie zasnę, nie wiem jak wy, ze wszystkich strasznych zdjęć pałętających się po sieci najbardziej przerażają mnie te, na których żebra zbyt wyraźnie oznaczają się pod skórą, a kończyny są za cienkie. Jak zapałki. Nie, dość internetu.

Po jaką cholerę ja to piszę? Powiedzmy, że żeby przepchać tą blokadę. Żeby się rozruszać, bo widzicie, najłatwiej się narzeka i popycha głupoty, ale ja nie chcę narzekać, nie chcę marudzić, nie lubię, po prostu nie lubię, dlatego bredzę od rzeczy i liczę, że coś ruszy. Nadmiar wolnego czasu okazał się bardzo destrukcyjny, okazuje się, że trudno pisać, gdy nic się nie dzieje. Muszę odnaleźć plan B, tak łatwo się nie oddamy. Póki co próbuję nie być sfrustrowana i ciągle pamiętać. Pomyśl, anty, to twoja domena, myślimy w jasnych barwach, trzy cuda dalej. No myślimy.

Enjoy (oby)

Nieskładny tekst pisany na kartce o 3:30

Kolejną noc z rzędu otwieram oczy stanowczo za wcześnie. Panujące upały usypiają mnie o porach absurdalnych i wybudzają mniej więcej godzinę później, nie umyka mi to, co powinno zostać słodką tajemnicą mijającej doby, utykam w gęstej ciemności i niezachwianej ciszy, wsłuchując się w swój oddech. Kolejne lato oswajam się z nocnym życiem. 

To jest najważniejsze. Żeby się nie obudzić. I niedobrze, że snu nie da się zatrzymać w miejscu, nie da się usidlić, gdy próbuje uciec, choć może i dobrze, chwilami potrzeba sił odgórnych, by otwierać oczy, od tego łatwo można by się uzależnić, tak sądzę. W każdym razie nie mam kontroli i to nigdy nie jest ani potrzebne ani wygodne, gdy człowiek wie wystarczająco mocno, że kiedyś musi wstać, to nie jest wygodne, bo nocami czas nie mija, a sen, sen daje cudowną możliwość przeskoczenia etapu niemijania, bez niego tkwię w zawieszeniu patrząc jak wskazówki zegara obłudnie przesuwają się w ustalonym rytmie, chciałabym roześmiać się prosto w tarczę, ale ja nocami nie lubię hałasu. Żadnego. Ani nadmiaru światła. Chodząc ostrożnie stawiam stopy.

Temat nocy: czy dziwnym ludziom śnią się dziwne sny? Sytuacja na promie kosmicznym w roku 2085. Dwóch Hitlerów drze mordy na złość sobie przesuwając dźwignię. Dźwignia nic nie wnosi. A ty jesteś superbohaterem, bo zasnąłeś i obudziłeś się siedemdziesiąt lat później młody i jędrny, to cię wzięli, dziękuję.

Nie mogę przestawić się z trybu snu na tryb czuwania, ciągle coś mi się wydaje niespójne i niedorzeczne, chwilę temu biegałam za toaletą w uniwersytecie chodzenia bez butów w dwóch różnych szpilkach, chwilę temu robiłam test na płeć, żeby dostać się do damskiej, teraz leżę i patrzę w sufit zupełnie zmęczona, podnoszę ciężką głowę i idę do kuchni, na palcach i bez kapci. Nagle nie mam siły i nagle obraz mętnieje mi przed oczami, mięśnie osłabły całkiem i bezczelnie, pięści nie dają się zacisnąć, zaciskam mimo to, żeby nie było, podobno nie ma rzeczy niemożliwych, a ja bardzo nie lubię tego stanu odrętwienia. Biorę butelkę wody, opróżniam połowę, biorę do pokoju, chce mi się pić, bardzo, ale bardzo. Jest gorąco. Zbyt gorąco by spać.

noc: obróć się za siebie.
antykobieta: nie zrobię tego.
noc: obróć się. Pokażę ci coś ciekawego.

I obracam się, i dłonie mi drżą, chociaż nie powinny, ale nie, kolejny raz dałam się nabrać, kolejny raz spoglądam za siebie zupełnie bez sensu, karcę się przelotem, że ja taka głupia, karcę się, żeby nie myśleć, gdy będę wracać, na tym to polega, żeby nie myśleć, żeby się nie zastanawiać, ostatecznie i tak nic z tego nie wyjdzie, mózg nie daje długo trzymać się na wodzy. Błądzę po domu bez sensu i za wodą, próbuję dusić w sobie wszelkie lęki, bo widzicie, noce mają to do siebie, że prawa logiki ignorują z największym przekonaniem, a ja im ufam, bo wszystko to ze mnie wyłazi i burzy się w głowie i w pewnym momencie jest mi już wszystko jedno. Stąpam po korytarzu bardzo powoli, bardzo nieufnie, mam w głowie wszystko, tylko nie to co potrzeba, mam kadry z horrorów i opowieści o duchach i obozy zagłady i trochę wkładu własnego, nigdy umysł nie jest tak nieposłuszny i tak bezczelny jak nocą, dość tej samowolki, kwiatki kurde kwiatki, na zielonej łące, kwiatki i słońce, trawa zielona, a w trawie zwłoki i tyle w temacie. Cienie przesuwają się po ścianach, wracam do łóżka.

Samochód przetacza się za oknem, myślę – morderca, bo jest trzecia piętnaście i o tej godzinie chce się tylko pić wodę i zabijać.

Liczę, ale nie owce, to zbyt monotonne, zbyt regularne, cholerne białe prosięta nie dają rady, nigdy nie dawały, robiło się przed oczami tylko biało i puszyście i przybywało frustracji, bo między pięćdziesiątą ósmą rozum uciekł w jedną stronę, a zwierzęta w drugą, stado się rozpierzchło, myśli razem z nimi, wciąż jesteśmy w tym samym miejscu równie rozbudzeni. Liczę więc pole i powierzchnię bryły obrotowej, to nie pomaga, ale zajmuje moment i skupia umysł w konkretnym miejscu, to bardzo cenne gdy czas nie mija, a ja lubię liczby i lubię układać je w rzeczy realne, a nocami, nocami wszystko zahacza o szaleństwo.

Leżę.
Piszę, bo rozegnane myśli potrzebuję uporządkowania.
Przewracam się między pozycjami równie niewygodnymi.
Czekam.

Zasnę kiedyś. W końcu zasnę. I wtedy kolejna noc będzie już za nami. 

Wpis zbiorczy – czerwiec

Palce zastygłe nad klawiaturą, w głowie strzępki dalece powiązanych myśli, szaleją, rozbijają się o ściany czaszki, łamią, plączą, kruszą w pył. Gdyby tylko się skleiły. Wtedy może by coś z tego wyszło, a jednak, jak na złość mało przyczepne dzisiaj są. Staram się pobudzić szare komórki do działania, zmusić do pracy, do reakcji, mają się ocknąć, mają coś zrobić, dzisiaj wszyscy coś robią. Ani drgną. Leniwe stare dziady.

Czerwiec minął w łagodności, lubię spokój, jedn nudny, niewylewny, niewiele można o nim powiedzieć, ale mimo wszystko. Mimo wszystko statyczne ze mnie zwierze, mimo wszystko lubię spędzać czas bezwysiłkowo napawając się cichością i harmonijnością wszechświata. Owładnięta chaosem na co dzień i od święta nauczyłam się czerpać z niego co najlepsze, nauczyłam się akceptować, z czasem pokochałam, ale nadal, nadal jest mi dobrze, gdy wszystko dzieje się niespiesznie. Po tacie to mam, a tata ma po babci, że lubimy się nie narobić, toczymy się przez życie tempem niezmęczonym, pomimo, że ślimaczym, robimy wszystko po woli, oszczędnie, dużo śpimy, dużo leżymy, ostrożnie przeżuwamy i nad talerzem mija nam sporo czasu, tylko mówimy oraz myślimy głośno i bez końca. Czerwiec minął w łagodności i jestem mu za to wdzięczna, niewiele się działo i dobrze, dzięki temu udało się zachować rytm spokojny i bezpieczny, nie obyło się bez pozostawienia śladu na tutaj, widzicie, ciężko jest pisać, gdy nie ma się nic do powiedzenia, gdy nie ma emocji, ciężko jest mieć emocje, kiedy nic się nie zdarza. Taka już kolej rzeczy, bolało mnie to bardzo, ale nic na siłę, jakoś dałam radę, będę szalenie dumna, nikomu nic do tego.

Mogłabym wspomnień o tęczach, bo tęcze się działy, wspomnę tylko troszeczkę, bo nie jestem jeszcze gotowa, by mówić tu rzeczy z sensem i brać za nie jakąś odpowiedzialność, jestem jeszcze dzieckiem w piaskownicy, które robi tyle, na ile nie musi się z tego tłumaczyć. Zbiorcze powstały jednak by opisywać stan rzeczy i przemycać fakty i zdobycze przyjemne, bliskie sercu, a ja się bardzo cieszę, że ktoś na świecie może być bardziej szczęśliwy. Fajny materiał stworzył Markowicz, którego uwielbiam i kocham, oraz Gimper, którego ani kocham ani uwielbiam, jednak oglądało się miło. Karol też zrobił coś fajnego.

Niewiele się zmieniło względem poprzedniego zbiorczego, poza niemocą, która naraz mnie dopadła, pierwszą w historii tego bloga, oby nie ostatnią, blokady twórcze są bowiem nieodłącznym elementem powstawania, ich nieobecność oznaczać może jedynie ponadludzką wydajność albo stanie w miejscu, ja ani stać nie chcę ani poddawać pod wątpliwość własne człowieczeństwo. Lato rozpętało się pełną falą, przybiegło szybko, spodziewanie, rozsiadło się i siedzi, uważnie przyglądam się dziewczynom na mieście, rzecz jasna wyłącznie w celu zbadania czy już, czy aby na pewno, odnotowano spódnice skandalicznej długości i bluzki coraz mniej wiosenne, nie ma też bluz i swetrów, ciało wyrywa się na wierzch i dobrze. Przyszły upały, już wiecie, że ja ich jakby nie lubię, już wiecie, że mnie duszą i parzą, że się gotuję sama w sobie walcząc z pokusą zerwania koszulki i rzucenia na ulicę, jednak widzicie, za mało szalona jestem, by nagą piersią świecić, poza tym nie chcę, by ktoś się poczuł zazdrosny, od tego przecież jest lato, by się cieszyć. Jem lody, piję zimne, włosy suszę na słońcu.

Wysypało się jagód w lasach, idziemy, zbieramy, antykobieta bardzo lubi, dopóki się nie zmęczy, zbiera również na swój własny sposób, usadza się ciężko na mchu i na gałęziach i na kokonach pajęczych, nawet na jagodach, przekręca tułów dookoła obskubuje maleńkie krzaczki z niebieskich kulek, nie jest przy tym szczególnie wydajna, robi to niespiesznie jak i wszystko inne, owoce uciekają jej z rąk, miażdżą się pod kolanami i na dłoniach, dłoniach czerwonofioletowych, ociekających sokiem, nic sobie z tego nie robi. Roztropnie nie chowa do wiaderka, wiaderkom zdarza się przewracać na niestabilnym gruncie, wtedy wszystko się wysypuje, cholera bierze trud i pracę, o wiele bezpieczniej zapakować wszystko w przewód pokarmowy, wtedy ma się pewność, że nie wyjdzie, a nawet jeśli, nikt tych jagód już nie pozna. Dziadek chwali, że mądrze, brat oskarża o marnotrawstwo, próbuję pojąć, w jaki sposób jedzenia jedzenia przeznaczonego do zjedzenia może marnotrawstwem być. Wyglądamy wszyscy jak dżelady, kojarzycie? To takie ogromne, puchate małpy żyjące w wielkich stadach, skubiące trawę, spędzające czas na jedzeniu i na dyskusjach. Macie je tutaj. Tak, dżelady absolutnie należą do odkryć życia, są do mnie zupełnie podobne.

Seriale. Zakochałam się w izombie od pierwszego odcinka i po uszy, jest to dzieło pod każdym względem szczególne, choćby dlatego, że ja filmów typu horror, nawet co nie straszy, nie lubię, fantastykę tylko w książkach i rzadko. Poza tym występuje tam pierwsza od dawna heteroseksualna para, co ujęła mnie za serce, a nawet postać żeńska, której nie darzę niechęcią. Fabuła kupy dupy się nie trzyma, nie bardziej niż komiks o tym samym tytule, ale całość wypada lekko, zabawnie, pochłania i stawia nowe pytania, również te bardzo niezręczne, o burczenie w brzuchu, gdy główna bohaterka zajada się makaronem z ludzkim mózgiem i bardzo ostrym sosem. Gdzieś w tle przewinął mi się Transparent, nie wiem czy mi się podoba, przenika z niego aura skrępowania, przenika zakłopotanie, w pełni zasadne, niemniej być może warto się nad nim pochylić, nigdy nie wiesz, kiedy ojciec zapuka do drzwi w sukience, choćby dlatego. Zaskakująca okazała się premiera trzeciego sezonu My Mad Fat Diary, zaskakująca, bo nie czekałam, miała się pojawić w terminie nieokreślonym i oto jest, a ja już od pierwszej sekundy przypomniałam sobie, dlaczego oddałam mu cały dzień i dużo rozmyślań.

Chłopak nastoletniej Rea proponuję jej wspólne mieszkanie, oszołomiona dziewczyna pęka pozostawiając pod sobie chmurę kolorowego dymu oraz samotnie stojące na podłodze miętowe trampki. Na ziemię sypie się srebrne confetti w kształcie  srebrnych, migoczących penisów.

Książki. I ja się naprawdę źle z tym czuję i naprawdę mi wstyd, ale choć czasu wolnego było opór i trochę, nie ukończyłam ani jednej, choć zaczęłam miliard i może o nich opowiem, żeby nie było, że komuś zanika narząd wzroku i myślenia (wszak nie od dziś wiadomo, że Anty myśli głównie żołądkiem). Od niepamiętnych czasów mierzę się z Kuzynkami, czuję, że mi się spodoba, jeśli przeczytam, no właśnie, ten jeden warunek uparcie broni się przed spełnieniem. Czytam Czekoladę. Film podobno dobry, powieść pokochałam szybko i absolutnie. Delektuję się opisem każdego pączka nurzającego się w tłuszczu, każdej pralinki, każdej osoby, niecierpliwie spijam ze stron proste dialogi i proste myśli, zakochuję się w kolorach odznaczających się na tle szarego miasteczka szarych ludzi. Czuję, że mam przed sobą coś równie mądrego co urokliwego. Obym się nie zawiodła. Najgorszy Człowiek Na Świecie urzekł mnie swoim prostym stylem, luźną paplaniną, sama luźno paplam, czasem zupełnie bez polotu, ale lubię to – nie jestem dobrym mówcą, może właśnie dlatego, dlatego, że zwykłam rozmawiać przez pisanie. Intrygująca, bliska, niemal namacalna. Przymierzam się do dwóch zbiorów opowiadań fantasy: Kłamcy i Żaren Niebios. Niestety nic nie powiem, poza tym, że książek polecanych przez brata nigdy nie skończyłam, ale zawsze hipnotyzowały mnie bardzo mocno. Zdobyłam też Moralność Pani Piontek, umrę jeśli nie przeczytam.

– Ja bym mogła umrzeć a i tak nikt by nie zareagował – stwierdziła nadąsana.
– Masz rację, kochanie. – Mąż uśmiechnął się do niej serdecznie, wiedząc, że lepiej zgadzać się z żoną we wszystkim.

Z filmów proponuję Córkę Opiekuna Wspomnień, jest w nim wiele dramatu, ale też wiele ciepła, książka nie wchodzi, ekranizację polecam, choćby dla trojga bardzo cudownych ludzi i chwili zastanowienia. Na uwagę zasługuje również Samotny Mężczyzna, przygnębiający, ale rusza. Wielka Szósta Disneya tyłka nie urwała, ale zrobiła wszystko, co powinna. Była kolorowa, zabawna, urocza, głośna, ładnie animowana i przypominała, że nie wolno pływać godzinę po posiłku. Jest to jednak typowa bajka, słodka, prosta, naiwna, ja lubię, czasem lubię, czasami warto na chwilę się zapomnieć. Na tym polega zabawa.

Polecam picie koktajlów ze świeżych owoców, odradzam natomiast całą sobą pieczenie niesłodzonego ciasta kruchego z mąki razowej. Ohyda. Kompletna ohyda. Absolutnie rozkochały mnie w sobie ciastka z netto. Kosztują cztery sześćdziesiąt, nazywają się Cookies i występują (z tego co widziałam) w wersji z kawałkami czekolady albo kolorowymi cukierkami, tym drugim oddałam duszę i jeszcze dopłacę, powodują tycie, są warte tego i wielu innych grzechów. Arcydzieło.

Polecam szukanie zalewów w swoich okolicach, moje okazały się wyjątkowo płodne w źródła wody i źródła wypoczynku, z czego zadowolona jestem bardzo i będę korzystać, Cieszanowicki nie oferuje nic oprócz glonów, piasku i drzew, to znaczy – jest idealnie, wy wiecie, że mnie wiele nie trzeba. Na dwudniowych warsztatach z dziedziny odkrywania szczęścia, zakochałam się w patrzeniu w gwiazdy i w ogień strzelającego ogniska, w ziemniakach pieczonych, w chłodnej ziemi pod stopami, we wielkiej niedźwiedzicy i w tej małej też, w wierceniu się w namiocie, w mokrej skórze i w mewach, odkryłam swój prywatny raj, no bo widzicie, ja nigdzie nie byłam, ani w górach, ani nad morzem, za granicą również, cieszę się tym bardziej, że niebo okazało się mieścić tak niedaleko. Miałam dużo czasu na rozmyślanie, dużo czasu na patrzenie w niebo, było słodko, było cudownie, ludzie krzyczeli, ogień płonął, rośliny karmiły się światłem, a ja szczęściem, mam nadzieję wycisnąć z tego jeszcze więcej w najbliższej przyszłości.

Muzyka. W muzyce przewodził Accept, piosenka głównie ta, ta, ta i tamta, rozbiło mnie na kawałki solo utworu Metal Heart – Dla Elizy grane na gitarze elektrycznej, cudowne. Ujął mnie motyw muzyczny z Requiem for a dream, przylepiło się najmniej spodziewane – piosenka popowa, nie najnowsza, ale wyjątkowa – take me to the church rozkruszyło mnie teledyskiem i ujęło głosem, widzicie, dzisiaj ciężko o faceta, który nie śpiewa jakby mu burek z łatkiem jaja zębami szarpali.

W dniu stworzenia poprzedniego zbiorczego pisałam o fioletowym dmuchanym fallusie (dżdżownica). Dożył do dzisiaj. Kto by pomyślał, ze balony mogą mieć tak dobre wyczucie czasu?
(później sprawdzę, czy linki działają.)