Wpis zbiorczy – czerwiec

Palce zastygłe nad klawiaturą, w głowie strzępki dalece powiązanych myśli, szaleją, rozbijają się o ściany czaszki, łamią, plączą, kruszą w pył. Gdyby tylko się skleiły. Wtedy może by coś z tego wyszło, a jednak, jak na złość mało przyczepne dzisiaj są. Staram się pobudzić szare komórki do działania, zmusić do pracy, do reakcji, mają się ocknąć, mają coś zrobić, dzisiaj wszyscy coś robią. Ani drgną. Leniwe stare dziady.

Czerwiec minął w łagodności, lubię spokój, jedn nudny, niewylewny, niewiele można o nim powiedzieć, ale mimo wszystko. Mimo wszystko statyczne ze mnie zwierze, mimo wszystko lubię spędzać czas bezwysiłkowo napawając się cichością i harmonijnością wszechświata. Owładnięta chaosem na co dzień i od święta nauczyłam się czerpać z niego co najlepsze, nauczyłam się akceptować, z czasem pokochałam, ale nadal, nadal jest mi dobrze, gdy wszystko dzieje się niespiesznie. Po tacie to mam, a tata ma po babci, że lubimy się nie narobić, toczymy się przez życie tempem niezmęczonym, pomimo, że ślimaczym, robimy wszystko po woli, oszczędnie, dużo śpimy, dużo leżymy, ostrożnie przeżuwamy i nad talerzem mija nam sporo czasu, tylko mówimy oraz myślimy głośno i bez końca. Czerwiec minął w łagodności i jestem mu za to wdzięczna, niewiele się działo i dobrze, dzięki temu udało się zachować rytm spokojny i bezpieczny, nie obyło się bez pozostawienia śladu na tutaj, widzicie, ciężko jest pisać, gdy nie ma się nic do powiedzenia, gdy nie ma emocji, ciężko jest mieć emocje, kiedy nic się nie zdarza. Taka już kolej rzeczy, bolało mnie to bardzo, ale nic na siłę, jakoś dałam radę, będę szalenie dumna, nikomu nic do tego.

Mogłabym wspomnień o tęczach, bo tęcze się działy, wspomnę tylko troszeczkę, bo nie jestem jeszcze gotowa, by mówić tu rzeczy z sensem i brać za nie jakąś odpowiedzialność, jestem jeszcze dzieckiem w piaskownicy, które robi tyle, na ile nie musi się z tego tłumaczyć. Zbiorcze powstały jednak by opisywać stan rzeczy i przemycać fakty i zdobycze przyjemne, bliskie sercu, a ja się bardzo cieszę, że ktoś na świecie może być bardziej szczęśliwy. Fajny materiał stworzył Markowicz, którego uwielbiam i kocham, oraz Gimper, którego ani kocham ani uwielbiam, jednak oglądało się miło. Karol też zrobił coś fajnego.

Niewiele się zmieniło względem poprzedniego zbiorczego, poza niemocą, która naraz mnie dopadła, pierwszą w historii tego bloga, oby nie ostatnią, blokady twórcze są bowiem nieodłącznym elementem powstawania, ich nieobecność oznaczać może jedynie ponadludzką wydajność albo stanie w miejscu, ja ani stać nie chcę ani poddawać pod wątpliwość własne człowieczeństwo. Lato rozpętało się pełną falą, przybiegło szybko, spodziewanie, rozsiadło się i siedzi, uważnie przyglądam się dziewczynom na mieście, rzecz jasna wyłącznie w celu zbadania czy już, czy aby na pewno, odnotowano spódnice skandalicznej długości i bluzki coraz mniej wiosenne, nie ma też bluz i swetrów, ciało wyrywa się na wierzch i dobrze. Przyszły upały, już wiecie, że ja ich jakby nie lubię, już wiecie, że mnie duszą i parzą, że się gotuję sama w sobie walcząc z pokusą zerwania koszulki i rzucenia na ulicę, jednak widzicie, za mało szalona jestem, by nagą piersią świecić, poza tym nie chcę, by ktoś się poczuł zazdrosny, od tego przecież jest lato, by się cieszyć. Jem lody, piję zimne, włosy suszę na słońcu.

Wysypało się jagód w lasach, idziemy, zbieramy, antykobieta bardzo lubi, dopóki się nie zmęczy, zbiera również na swój własny sposób, usadza się ciężko na mchu i na gałęziach i na kokonach pajęczych, nawet na jagodach, przekręca tułów dookoła obskubuje maleńkie krzaczki z niebieskich kulek, nie jest przy tym szczególnie wydajna, robi to niespiesznie jak i wszystko inne, owoce uciekają jej z rąk, miażdżą się pod kolanami i na dłoniach, dłoniach czerwonofioletowych, ociekających sokiem, nic sobie z tego nie robi. Roztropnie nie chowa do wiaderka, wiaderkom zdarza się przewracać na niestabilnym gruncie, wtedy wszystko się wysypuje, cholera bierze trud i pracę, o wiele bezpieczniej zapakować wszystko w przewód pokarmowy, wtedy ma się pewność, że nie wyjdzie, a nawet jeśli, nikt tych jagód już nie pozna. Dziadek chwali, że mądrze, brat oskarża o marnotrawstwo, próbuję pojąć, w jaki sposób jedzenia jedzenia przeznaczonego do zjedzenia może marnotrawstwem być. Wyglądamy wszyscy jak dżelady, kojarzycie? To takie ogromne, puchate małpy żyjące w wielkich stadach, skubiące trawę, spędzające czas na jedzeniu i na dyskusjach. Macie je tutaj. Tak, dżelady absolutnie należą do odkryć życia, są do mnie zupełnie podobne.

Seriale. Zakochałam się w izombie od pierwszego odcinka i po uszy, jest to dzieło pod każdym względem szczególne, choćby dlatego, że ja filmów typu horror, nawet co nie straszy, nie lubię, fantastykę tylko w książkach i rzadko. Poza tym występuje tam pierwsza od dawna heteroseksualna para, co ujęła mnie za serce, a nawet postać żeńska, której nie darzę niechęcią. Fabuła kupy dupy się nie trzyma, nie bardziej niż komiks o tym samym tytule, ale całość wypada lekko, zabawnie, pochłania i stawia nowe pytania, również te bardzo niezręczne, o burczenie w brzuchu, gdy główna bohaterka zajada się makaronem z ludzkim mózgiem i bardzo ostrym sosem. Gdzieś w tle przewinął mi się Transparent, nie wiem czy mi się podoba, przenika z niego aura skrępowania, przenika zakłopotanie, w pełni zasadne, niemniej być może warto się nad nim pochylić, nigdy nie wiesz, kiedy ojciec zapuka do drzwi w sukience, choćby dlatego. Zaskakująca okazała się premiera trzeciego sezonu My Mad Fat Diary, zaskakująca, bo nie czekałam, miała się pojawić w terminie nieokreślonym i oto jest, a ja już od pierwszej sekundy przypomniałam sobie, dlaczego oddałam mu cały dzień i dużo rozmyślań.

Chłopak nastoletniej Rea proponuję jej wspólne mieszkanie, oszołomiona dziewczyna pęka pozostawiając pod sobie chmurę kolorowego dymu oraz samotnie stojące na podłodze miętowe trampki. Na ziemię sypie się srebrne confetti w kształcie  srebrnych, migoczących penisów.

Książki. I ja się naprawdę źle z tym czuję i naprawdę mi wstyd, ale choć czasu wolnego było opór i trochę, nie ukończyłam ani jednej, choć zaczęłam miliard i może o nich opowiem, żeby nie było, że komuś zanika narząd wzroku i myślenia (wszak nie od dziś wiadomo, że Anty myśli głównie żołądkiem). Od niepamiętnych czasów mierzę się z Kuzynkami, czuję, że mi się spodoba, jeśli przeczytam, no właśnie, ten jeden warunek uparcie broni się przed spełnieniem. Czytam Czekoladę. Film podobno dobry, powieść pokochałam szybko i absolutnie. Delektuję się opisem każdego pączka nurzającego się w tłuszczu, każdej pralinki, każdej osoby, niecierpliwie spijam ze stron proste dialogi i proste myśli, zakochuję się w kolorach odznaczających się na tle szarego miasteczka szarych ludzi. Czuję, że mam przed sobą coś równie mądrego co urokliwego. Obym się nie zawiodła. Najgorszy Człowiek Na Świecie urzekł mnie swoim prostym stylem, luźną paplaniną, sama luźno paplam, czasem zupełnie bez polotu, ale lubię to – nie jestem dobrym mówcą, może właśnie dlatego, dlatego, że zwykłam rozmawiać przez pisanie. Intrygująca, bliska, niemal namacalna. Przymierzam się do dwóch zbiorów opowiadań fantasy: Kłamcy i Żaren Niebios. Niestety nic nie powiem, poza tym, że książek polecanych przez brata nigdy nie skończyłam, ale zawsze hipnotyzowały mnie bardzo mocno. Zdobyłam też Moralność Pani Piontek, umrę jeśli nie przeczytam.

– Ja bym mogła umrzeć a i tak nikt by nie zareagował – stwierdziła nadąsana.
– Masz rację, kochanie. – Mąż uśmiechnął się do niej serdecznie, wiedząc, że lepiej zgadzać się z żoną we wszystkim.

Z filmów proponuję Córkę Opiekuna Wspomnień, jest w nim wiele dramatu, ale też wiele ciepła, książka nie wchodzi, ekranizację polecam, choćby dla trojga bardzo cudownych ludzi i chwili zastanowienia. Na uwagę zasługuje również Samotny Mężczyzna, przygnębiający, ale rusza. Wielka Szósta Disneya tyłka nie urwała, ale zrobiła wszystko, co powinna. Była kolorowa, zabawna, urocza, głośna, ładnie animowana i przypominała, że nie wolno pływać godzinę po posiłku. Jest to jednak typowa bajka, słodka, prosta, naiwna, ja lubię, czasem lubię, czasami warto na chwilę się zapomnieć. Na tym polega zabawa.

Polecam picie koktajlów ze świeżych owoców, odradzam natomiast całą sobą pieczenie niesłodzonego ciasta kruchego z mąki razowej. Ohyda. Kompletna ohyda. Absolutnie rozkochały mnie w sobie ciastka z netto. Kosztują cztery sześćdziesiąt, nazywają się Cookies i występują (z tego co widziałam) w wersji z kawałkami czekolady albo kolorowymi cukierkami, tym drugim oddałam duszę i jeszcze dopłacę, powodują tycie, są warte tego i wielu innych grzechów. Arcydzieło.

Polecam szukanie zalewów w swoich okolicach, moje okazały się wyjątkowo płodne w źródła wody i źródła wypoczynku, z czego zadowolona jestem bardzo i będę korzystać, Cieszanowicki nie oferuje nic oprócz glonów, piasku i drzew, to znaczy – jest idealnie, wy wiecie, że mnie wiele nie trzeba. Na dwudniowych warsztatach z dziedziny odkrywania szczęścia, zakochałam się w patrzeniu w gwiazdy i w ogień strzelającego ogniska, w ziemniakach pieczonych, w chłodnej ziemi pod stopami, we wielkiej niedźwiedzicy i w tej małej też, w wierceniu się w namiocie, w mokrej skórze i w mewach, odkryłam swój prywatny raj, no bo widzicie, ja nigdzie nie byłam, ani w górach, ani nad morzem, za granicą również, cieszę się tym bardziej, że niebo okazało się mieścić tak niedaleko. Miałam dużo czasu na rozmyślanie, dużo czasu na patrzenie w niebo, było słodko, było cudownie, ludzie krzyczeli, ogień płonął, rośliny karmiły się światłem, a ja szczęściem, mam nadzieję wycisnąć z tego jeszcze więcej w najbliższej przyszłości.

Muzyka. W muzyce przewodził Accept, piosenka głównie ta, ta, ta i tamta, rozbiło mnie na kawałki solo utworu Metal Heart – Dla Elizy grane na gitarze elektrycznej, cudowne. Ujął mnie motyw muzyczny z Requiem for a dream, przylepiło się najmniej spodziewane – piosenka popowa, nie najnowsza, ale wyjątkowa – take me to the church rozkruszyło mnie teledyskiem i ujęło głosem, widzicie, dzisiaj ciężko o faceta, który nie śpiewa jakby mu burek z łatkiem jaja zębami szarpali.

W dniu stworzenia poprzedniego zbiorczego pisałam o fioletowym dmuchanym fallusie (dżdżownica). Dożył do dzisiaj. Kto by pomyślał, ze balony mogą mieć tak dobre wyczucie czasu?
(później sprawdzę, czy linki działają.)

Reklamy

2 thoughts on “Wpis zbiorczy – czerwiec

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s