Wszystko co dobre zaczyna się od kota.

Znalazłam w pamięci książkę jedną z ulubionych, książkę pełną pięknych słów. Chciałam was ze zapoznać, ale nie wiedziałam jak, coś w niej było tak szczególnego i tak ulotnego, bałam się, że to po drodze zgubię zgubię, że nie przedstawię tak jak powinnam i trzymałam to w sobie, czekając aż zdania mi się same w głowie splączą i nie uronię tej świętości ani kropli. I tak się to do mnie przykleiło.

Bo wy wiecie, że ja szalona jestem jak cholera jasna, rozrywkowa dusza taka, co jej wszędzie pełno, a najwięcej to na łóżku, na fotelu i przy lodówce. Wiecie, że ja na granicy żyję, że jeżdżę na rowerze i jedną ręką się trzymam, że nie straszny mi oddech śmierci na karku, gdy drżącymi rękoma wsypuję do miski płatki śniadaniowe po godzinach wieczornych, jeszcze nie umarłam, ale nigdy nie wiadomo, całe szczęście, że mleko jest uniwersalne i nie trzeba się bać. Wiecie, że czasem wezmę pająka na ręce, taka jestem szalona, że choć mamę i tatę i brata kocham, to pęknięte płyty chodnikowe depczę z premedytacją, lubię tę adrenalinę pieszczącą zakończenia nerwów i krew uderzającą do głowy, to mnie napędza, to mi przypomina, że żyję. Wiecie, że duszą towarzystwa jestem. Taką prawdziwą. Co jej ani widać ani słychać. Akurat tutaj nie muszę się przedstawiać.

Nudna być zamierzam ile pan bóg da, ale mimo wszystko.

Postanowiłam narzucić sobie pewne wyzwanie, o którym powiem na końcu, możecie scrollować, nie mam tu jeszcze swojej społeczności, nie zrobię z tego wydarzenia, stawiam sobie cel, jeśli chcecie, możecie spróbować razem ze mną. Ale miało być o książce.

Wspominałam kiedyś, że do streszczeń i recenzji to się mój mózg absolutnie nie nadaje, wybaczcie. Zacznijmy może od tego, że Miłość przez małe m nie nie do końca jest książką o miłości, co sugeruje tytuł i nie do końca książką o kocie, co sugeruje okładka. Sprawa wygląda tak, że jest facet obdarty ze wszelkich namiętności, facet ze smutną miną, facet z bałaganem w uczuciach, jest to małe włochate dziadostwo co miałczy. I oni zaczynają na siebie działać. Powieść ma duży potencjał, by się nie podobać, jest mocno filozoficzna, mocno naiwna, bardzo dziwaczna, podobno płytka, być może, wy wiecie, że ja taki prosty Janek z Pierdziochowa i na wyżyny intelektualne się nie wspinam, w głębi przekazu się topię i nie mogę oddychać. Miłość wypełniona jest bardzo szczególnymi bohaterami, ładnymi słowami oraz intensywną refleksją i w zasadzie niewiele tam się dzieje. Spośród wielu orzeźwiających umysł myśli upodobałam sobie jedną szczególną, dominującą w tym wszystkim, zauważoną w biegu wydarzeń, odkrytą przez głównego bohatera, ostrożnie wdrażają przez niego w życie. Że by coś zmienić zwykle wystarczy tylko lekko zmienić kurs. Trzeba działać inaczej.

Nie potrafię stwierdzić kiedy zaczęłam myśleć o tym tak poważnie. Wyżarte z emocji dni pozwoliły mi zaganiać myśli w głębsze zakamarki pamięci wtórnej. Od momentu zachwycenia się tym prostym faktem zaczęłam mieć go na uwadze cały czas i w pewnym momencie połączyłam to z książką. I wyszło. Cholera wyszło jak nigdy. Powieść czytałam bardzo dawno, ale dopiero teraz dostrzegam, że być nie warto kończyć jej na ostatniej stronie. Teraz na mnie działa i jestem coraz bardziej podekscytowana, że to takie łatwe.

Bohater Książki postanowił przyjąć kota pod swój dach. Odnalazł w sobie potrzebę kochania i potrzebę poświęcania czasu, wyszedł do ludzi i do samego siebie, naprawił relacje w rodzinie, zatrzymał się, żeby pomyśleć.

Antykobieta wdała się w internecie dyskusję z osobą o zupełnie odmiennych poglądach. Zamiast zwyczajowo rzucać się z zębami na tętnicę szyjną postanowiła uśmiechnąć się i nabrać pokory. Poznała całkiem fajnego człowieka, spędziła miło wieczór rozmawiając na bardziej neutralne tematy.

I tego jest mnóstwo. I wy nie widzicie jak bardzo mi ręce latają i jak bardzo nie wiem co ze sobą zrobić, bo taka jestem szczęśliwa jak dawno. Dawno żadna myśl nie wzięła mnie żywcem jak ta, dawno nie miałam tak dobrego planu, wiecie, najlepsze cele to takie, których realizacja nie przeraża. A ja nic sobie nie narzucam. Chcę tylko spróbować jak to jest robić na złość samemu sobie i jak daleko mnie to zaprowadzi. Chcę mieć ten komunikat z tyłu głowy, chcę żeby to było moim batem i chlastało mnie po plecach, dodając odwagi, kiedyś o już wspominałam, że tego potrzebuję, wyznacznika działań i wyraźnego sygnału, to mi dodaje pewności, , że to wszystko wciąż jest wykonalne. Chcę zacząć od banałów. Chcę poznawać nowe smaki i nowe rozwiązania. Chcę przetestować kilak granic i szukać innych rozwiązań, spojrzeć od innej strony, być może da się inaczej i być może fajniej. Drobnostki. Rzeczy, na które bym się nie zdecydowała. Bo ja lubię sobie udowadniać, ja się lubię wbrew pozorom z samą sobą przekomarzać i nerwy psuć, tor myślenia siłą przestawiać nawet jeśli wszystko we mnie próbuje się bez sensu bronić. I oto zamierzam pokazać, że nie tylko wydeptaną ścieżką da się iść.

Zróbmy to na przekór sobie. Zróbmy to na odwrót, wbrew zasadom, wbrew oczekiwaniom cudzym i własnym, zróbmy to na złość przyzwyczajeniom, zróbmy do lustra duże oczy. No bo jak to tak? Śmiejmy się przez łzy, uśmiechajmy się z zaciśniętymi zębami, pójdźmy inną drogą choćby się kolana trzęsły, zatrzepoczmy rzęsami i odlećmy. Pokręćmy głową, zabawmy się.

Zróbmy to inaczej.
***
Ogłoszenia drobne: nie ma mnie tu dużo bo nabijam expa.

Advertisements

5 thoughts on “Wszystko co dobre zaczyna się od kota.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s