Historia pewnego wpisu.

No więc chciałam opublikować posta, który by zmienił wszystko.

Miałam pisać o szczęściu, ale myśli zakłócił mi wartki szum wody rzeźbiącej koryto wedle własnego, szaleńczego rytmu, zapatrzyłam się bez reszty w promienie słońca zaginające się na poszarpanej wiatrem tafli, na ich subtelne rozmycie, smugi rozlewające się na wszelkie strony, ginące w gąszczu pożerającej brzegi trzciny, ładne to było. Tak  mnie ten widok uwiódł, że aż zapomniałam.

Miałam pisać o szczęściu i już nawet układałam w głowie plan prawie szczegółowy, słowa mi się do siebie lepiły, z zapałem odkrywałam sens w kolejnych zdaniach, z tego by coś było, naprawdę. Serio. Gdyby tylko głowa mi się nie zapadła, całkiem niepostrzeżenie, w otchłań bezdenną, w wielki, piankowy brzuch mojego taty,  wydostać się nie mogłam z tej pułapki, zasnęliśmy więc oboje jak dzieci, bo my lubimy spać i lubimy się przytulać. Szkoda było nie skorzystać z okazji.

Miałam pisać o szczęściu, ale nie mogłam bo było ciepło i lody mi się topiły i sami rozumiecie, musiałam je zjeść, zanim by mi spłynęły karmelową stróżką po nadgarstku i bym musiała zlizywać, a głupio tak przy ludziach przecież.

Miałam pisać o szczęściu, ale to ciasto było takie dobre, tak mi się udało, miało w sobie wszelkie doskonałości. To nie był jakiś tam murzynek, to był prawdziwy Sudańczyk z lśniącą, ciemną jak najprawdziwsza czekolada skórą, wiecie, taka najgorzksza, zupełnie niedobra. Naładowane kakaem, lepkie, ciężkie, rozpływające się pod podniebieniem, cudowne było, nic mi w życiu nie wyszło tak jak to ciasto, musicie mi na słowo uwierzyć, że z zimnymi, białymi lodami było idealne, anielskie, rozkoszne, pogrążona w ekstazie zupełnie o tym  wpisie zupełnie zapomniałam.

Miałam pisać o szczęściu, ale pies tak prosił i ogonem tak szybko machał, chociaż stary przecież, aż moje styropianowe serce zmiótł na dalszy plan i rozumiecie, musiałam, zanurzyłam dłoń w miękkiej, czarnej sierści i po chwili już mnie nie było, a kiedy człowieka nie ma to jest mu trudno zrobić cokolwiek żeby to miało ręce i nogi.

Miałam pisać o szczęściu, ale film mnie pożarł żywcem taki był dobry i serce mi się do niego rwało.

Miałam pisać o szczęściu, ale tak się serdecznie śmiała, że aż mi z głowy wszystkie myśli wyleciały, tak te zęby szczerzyła do słońca i tak jej lśniły, bo ładne ma i proste, to pomyślałam, że i ja wyszczerzę, wtedy rechotałyśmy już razem i fajnie nam było tak. Za fajnie, żeby sobie blogiem głowę zawracać.

Miałam pisać o szczęściu, ale byłam zajęta, tak naprawdę zajęta, jak zajęty bywa człowiek, który naprawdę wierzy, że się uda i pragnie bardzo mocno. Szereg spraw pochłonął mnie zupełnie, oddałam mu się z całą siłą i całą pasją, przelałam dużo czasu i dużo ciepłych myśli, teraz zostaje mi wierzyć, że się uda, zacieram przyjemnie obolałe ręce i mam zamiar sięgać dalej. Tak mnie to pożarło, tak mnie owładnęło, potrzebowałam skupienia.

Miałam pisać o szczęściu, ale się nie mogłam przestać śmiać, a gdy już przestałam to mnie brzuch z tego wszystkiego bolał i już mi się nie chciało.

Miałam pisać o szczęściu, ale zbliżał się w piosence najlepszy moment i musiałam się wsłuchać, a potem to już tylko dźwięk rozszarpywał moje ciało na strzępy, paraliżował zmysły, odsuwał od świata, potem to już nic się nie dało, bo mi dłonie za bardzo drżały.

Miałam pisać o szczęściu, ale odprowadzałam wzrokiem spadające gwiazdy.

No i rozumiecie sami, nic z tego nie wyszło.

Odnoszę przerażające wrażenie, że za moment zacznę pisać trzynastozgłoskowcem.
Wybaczcie, że bez polotu dzisiaj i bez głębi, ale ludzie drogie, ja się topię.

Advertisements

4 thoughts on “Historia pewnego wpisu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s