Czasem boję się ot tak.

Proste rozwiązania.

Powiedzmy, że problem pojawia się, kiedy one przestają wystarczać.

Proste rozwiązania i nie ma nic poniżej, nie ma nic w zamian, musisz dać sobie radę z nimi, albo czekasz w miejscu kolejną kolejkę, to jest smutne, ale cóż, inaczej się nie da. Mapa wyjść ewakuacyjnych też ma swoje krawędzie. Prędzej czy później lądujesz na poziomie podstawowym i okazuje się, że łatwiej być nie może.

Proste lęki.

Proste lęki rozumieją głównie ich posiadacze i trudno mi o tym mówić, bo sama dla siebie czuję się z nimi czasem zupełnie niedorzeczna. To część duszy szczególnie delikatna, szczególnie intymna, dlatego to boli, dlatego tak bardzo, gdy krzyczysz, że na miłość boską, anty, dajże spokój, w tym nie ma nic trudnego. Przesadzasz. Ośmieszasz się. Sierotę z siebie robisz. I wy wiecie, prawda? Wiecie jak szorstko to przechodzi przez uszy, kiedy się brodzi po pachy we własnych absurdach i ciężko o tym gadać nawet do siebie.

Przeważnie bardzo boję się nowych ludzi.

W wirze spraw pędzonych koleją rzeczy, wpadam w nowe otoczenie, zanurzam się w nim ponad czubek głowy w gęstej, ludzkiej brei i nagle orientuję się, że nie mogę oddychać, że nie wiem jak ruszać kończynami i jak otwierać bezpiecznie oczy. I że to nie jest jak woda, bo w wodzie człowiek się topi, traci tlen, opada na dno, a ja miotam się tu bez końca.

Mówisz z żalem, że czujesz, jakby nic się nie zmieniło, a nie mam pojęcia dlaczego, bo przecież to bzdury, bo przecież gdzie tu sens, kiedy ja mam wrażenie, że jestem w obcym układzie planetarnym, bo wszyscy mówią tutaj zdaniami, których nie rozumiem, bo nie potrafię przeniknąć ich na wylot wzrokiem, bo nic tu nagle nie jest ani logiczne ani oczywiste. I sama siebie przestaję poznawać, bo przecież jeszcze wczoraj byłam ciekawą osobą i potrafiłam się śmiać i pamiętałam końcówki półsłówek, jeszcze wczoraj jakoś to było, bo was wszystkich znałam i nie chodziłam chwiejąc się na boki. Dzisiaj zasycha mi w gardle od milczenia i oplatam się własnymi ramionami  i próbuję się w nich schować. A przecież mnie widać, wy mnie wszyscy widzicie.

Pytasz, czego się boję, ciągle i w kółko, coraz więcej w tym wyrzutu, a ja już nie mam siły odpowiadać. Że nie wiem. Że nie rozumiem. Że chętnie oddałabym się w ręce kogoś kto mi to wytłumaczy, nazwie to co mam w środku, da prostą diagnozę, wypisze receptę, wyjdzie, a ja zostanę i będę zapijała swoje lęki mieszanką ziół azjatyckich i nareszcie, choć jeszcze niepewnie, będę się miała czego złapać. I ten wywiad przestanie mnie męczyć.

– Kompleksy?
– Nie.
– Traumy?
– Żadne.
– Wyobrażasz sobie może, że coś się stanie, że oni…?
– Nic sobie nie wyobrażam. Ja tylko i aż nie potrafię otworzyć ust.

 Ale kiedyś, kiedyś będę odważna.

***

Ja wiem, że to głupie i że wbrew wszelkiej idei blogowania, ale są chyba takie posty, które się pisze głównie dla siebie i często na mentalnym haju. I czasami się nawet nie chce, żeby ktokolwiek je przeczytał. Ten taki jest.

Reklamy

Tym sobie jestem.

Pewna Socjopatka w swej socjopatyczności zmusiła mnie do udzielenia mikrowywiadu. A jako że mam zamiar być szalenie sławna i obrzydliwie bogata to muszę się przyzwyczajać. Pytania dostałam w ramiach Liebster Blog Award.

1. Jedna rzecz, bez której nie możesz żyć?

I to jest to pytanie, na które nie chcę udzielać odpowiedzi, bo nie potrafię, bo jak powiem, że internet to będę wyglądać jak koza uwiązana na cyfrowej smyczy, choć prawda jest taka, że bez tego wynalazku to by mi było smutno. A z drugiej strony głębiej myśląc to nawet bez wanny bym się ostatecznie obyła. I trudno mi znaleźć między tym najwłaściwszy środek.

Powiedzmy że ciężko by mi się żyło bez papieru toaletowego.

2. Czego boisz się najbardziej?

Problem z moją własną osobę jest taki, że ja się boję naprawdę dużej ilości rzeczy. I tak naprawdę nie wiem, która działa na mnie najbardziej, może wszystkie po równo, może każda z wymienionych jest tak naprawdę pierdołą. Przeraża mnie wizja ucichającego pulsu i że moi bliscy mogliby po mnie płakać, przeraża mnie, jak bardzo ta pozioma linia by ich bolała. Boję się bardzo umierania z głodu i wszystkie chude zdjęcia omijam z daleka, a kiedy już zobaczę to odchorowuję długo i mocno, zwykle szczegóły fotografii uciekają mi od razu, ale pozostaje strach, że jeszcze kiedyś je zobaczę. Panikuję w zbyt ciasnych pomieszczeniach i gdy próbuję wpłynąć na głęboką wodę. Kiedy zaczniesz mi mówić o holocauście to ucieknę. Kiedy każesz mi wejść do piwnicy albo na drabinę to będę się wykręcać jak tylko mogę. Kiedy opowiesz mi jakąkolwiek straszną historię o duchach pojawiających się w lustrze to uderzę cię w twarz.

3. Twoja największa pasja?

I tutaj skandal obyczajowy, mianowicie – ja pasji nie mam żadnej. Bez tego da się żyć, bez ogników w oczach i zapartego tchu, bez zapadania się bez końca w ogrom fascynacji, bez euforii spływającej z potem z czoła, bez odrywania się od ziemi w stronę namiętności znanej tylko sobie, wiecie, to nie musi być aż tak, żeby nie zmarnować życia, tak sądzę. W gruncie rzeczy chodzi chyba o to, by choćby przez chwilę bawić się dobrze, być może później zapomnieć, być może dać sobie spokój zupełnie od tak, ale przez moment mieć zajawkę i z tego czerpać. Żeby zawsze mieć co robić, zawsze mieć się z czego cieszyć. Mnie pociąga milion różnych spraw po troszeczku i na chwilę, chwytam się czego popadnie, ale nigdy na stałe. Co do pisania, to ono jest narzędziem, bo ja lubię przekazywać emocje, ale w mówieniu jestem słaba. To by było trochę tak jakby moją pasją były skrzydła, a nie latanie.

4. Co byś zrobiła, gdybyś dowiedziała się, że został Ci tydzień życia?

Płakałabym.

5. Najlepsze na chandrę jest…?

Powiedziałabym może, że gorąca herbata z pomarańczą. Albo że kąpiel z pianą, albo czytanie książek, zumba, czasem przytulanie i by mi wtedy ludzie uwierzyli, bo tak słyszałam i to podobno działa. Tylko, że ja mam pojęcia, bo zwykle jak mi się nic nie chce, nawet myśleć, to śpię. I to w ogóle nie pomaga, nawet pogarsza sprawę, ale, widzicie, ja bardzo lubię drzemki.

6. Jak widzisz siebie za 20 lat?

Za dwadzieścia lat widzę siebie bardzo mało. Bo ja tak naprawdę to do końca nie wiem co mogłabym robić i jak, może pisać, może liczyć, może rządzić światem, wiem natomiast, że chciałabym być człowiekiem trochę bardziej poradnym, chciałabym się nie bać ludzi i nie tonąć w codziennych sprawach. Nie widzę siebie odważnej i uporządkowanej zupełnie, ale cóż, będę próbować. W związku z moją miłością do sportu i niechęcią do słodyczy widzę się natomiast o jakieś 250 kg większą.

7. Przytocz coś (zdanie/sytuacja) co Cię zawsze rozśmiesza.

8. Kto jest Twoim autorytetem?

Jeśliby przyjąć za autorytet osobę, którą chciałabym bym być, to mój nie ma ani ciała ani krwi w żyłach ani prawdopodobnie przyszłości, jest pełnym zestawem zachowań, których mnie brakuje. Jest osobą, którą wyobrażam sobie kiedy potrzebuję w siebie uwierzyć. Niedługo o tym napiszę.

9. Jaka jest ostatnia rzecz, którą robisz przed zaśnięciem?

Nie liczę godzin, które prześpię. Podobno wszyscy liczą. A ja wolę nie wiedzieć, bo wówczas czułabym się rano jeszcze bardziej martwa.

Przed zaśnięciem plotę historie. Zmieniam bieg wydarzeń w książkach i w filmach. Myślę długo, mocno, intensywnie. Zastanawiam się, co mogłabym zrobić inaczej i wyobrażam to sobie ze szczegółami, a potem czuję się taka niesamowita, bo mam perfekcyjną ripostę i idealny plan i kiedyś go wykorzystam. Rano zapominam.

10. Jak Twoim zdaniem, jednym słowem opisaliby Cię Twoi przyjaciele?

Antykobieta (czyt. babochłop)

11. Co w Twoim życiu zmieniło blogowanie?

Nic. Bo ja nie jestem, że tak powiem, blogerem ambitnym. Ja tylko piszę od tak sobie i cokolwiek i to mi sprawia największą radość, w pewnym sensie traktuję to raczej jako bardziej akceptowalną społecznie formę gadania do siebie.

Nie nominuję, bo nie mam kogo, ze swojej strony zamykam zabawę z zimną krwią, dziękuję natomiast za zadane pytania. Odpowiadało się przyjemnie bardzo. 

Międzyczas 1# – Bańki

Głupie rzeczy. Świat wypompowany z sensu.

Próbuję kupić bańki mydlane, od tak, po prostu, chcę w nie dmuchać, chcę na nie patrzeć, bo są lekkie, zwiewne, przejrzyste, poruszają się między drobinami powietrza z jedyną sobie gracją, lśnią na kilka kolorów, w sposób zupełnie nieekstrawagancki, są eleganckie, dostojne zupełnie nie jak ja. Może dlatego tak bardzo lubię, gdy unoszą się w okół mnie. Pani się pyta, czy jestem pewna zakupu, absolutnie jestem. Czy to dla jakiegoś dziecka, owszem, dla mnie. Uśmiecha się pani i kręci głową.

Dokładnie tak samo mam, proszę was, z balonami, watą cukrową i taką niezdrową czekoladą z księżniczkami na opakowaniu. I kiedy mówię, że obejrzałam bajkę i dzięki niej czuję się mądrzejsza i pełniejsza. Nikt nigdy nie rozumie.

Ludzie puchną i puchną, a jak się dopuchną do odpowiedniego rozmiaru to od tego momentu już tylko dziwaczeją. Tworzą świat na swój pożytek, własnymi rękami, rzeźbią od podstaw nowe myśli i przetapiają je w rzecz namacalną, kreują wszelkie cudowności, to nie może być łatwe, a potem zagradzają sobie drogę, tworzą listę rzeczy, których już im nie można, bo tak, bo czas minął, trzeba iść do przodu, choć się nie wie gdzie, są już zbyt duzi, zbyt spuchnięci, już im nie przystoi, nagle poważnieją, robiąc się wobec świata zupełnie niepoważni. Bez sensu.

Bo przecież my wszyscy tak samo gubimy drogę i nie wiemy dokąd iść. I klucze. I numery telefonów. Niekiedy priorytety. Wszystkim nam czasem przeciekają oczy. Czasem twarz nam puchnie. Albo ego. Wszystkim się odechciewa gdy ząb boli, głowa, dusza, cokolwiek, wszystkich po równo paraliżuje strach. Złość. Rozpacz. Świadomość że nie można być bogiem. Świadomość, że już więcej się nie da, chociaż by się chciało. Nikt tu nie może niemożliwego. Jak przychodzi co do czego to wszyscy jesteśmy małymi człowieczkami.

Tak więc, drodzy Duzi Ludzie. Dajcie bańkom bańkom mydlanym święty spokój. I pluszowym niedźwiedziom. I tym dużym lizakom. Bajkom, latawcom, Puchatkowi, łapaniu motyli, podskokom, śmianiu się do łez. Nierealnym marzeniom, nieosiągalnym planom, bzdurnym fantazjom. Jaskrawym kolorom. Magii. Bądźcie w końcu poważni.

Dla niedojrzałych ludzi to są bomby i zabijanie.

***

W #Międzyczasach mam zamiar umieszczać krótkie, spontaniczne rozkminy. Wait, w zasadzie zasadzie cały ten blog to jest spontaniczna rozkmina… Ale powiedzmy, że te wpisy będą jeszcze drobniejsze i bardziej walnięte.

Moje szarości.

Przeważnie jestem nudna. 

Nie dotykam świata poniżej zasad. Nie lubię zmian ani odpowiedzialności, trwam w pełnej statyczności do czasu obowiązku, nie mam wielu potrzeb ani wysokich ambicji, rysuję swój wizerunek prosty i przejrzysty. Nie skupiam się na detalach, pojmuję świat całokształtem, wnikam w niego głębiej z czystej ciekawości, ale nigdy za bardzo, nie lubię męczyć myśli wygrzebywaniem ze świata więcej niż obejmuje logika, logikę przeważnie zaczepiam o święty spokój i zdrowy rozsądek. Nie przywiązuję się do materii, nie lubię zamieszania, hałasu, tłoku, szybko męczę się ludźmi, szybko od nich uciekam, nie angażuję się w afery, nie szukam plotek, przeważnie milczę w sprawach błahych. Nie jestem duszą towarzystwa. Nikt nie lubi takich ludzi. Dlatego tak się mówi, że to złe i że, na boga, anty, nie narzekaj.

Ale ja przeważnie lubię swoje szarości.

Tylko czasami dopada mnie ta myśl i wówczas nadgarstki mi się trzęsą i nie mogę skupić myśli, czasami dopada mnie myśl, że jestem dla siebie w pewien sposób niewystarczająca. Że coś sobie odbieram i później będę ryczeć, bywa, że udaje mi się w to uwierzyć mocno i wówczas zrywam z siebie skórę byle szybko i naciągam nową, układam w głowie desperacki plan. Dopada mnie głód zmian, nagły i bolesny, rozpaczliwie rzucam się na rozmyte w głowie wizje, obieram ślepy kierunek, byle uciec od tej wersji siebie, która tak bardzo wydaje mi się teraz nieprawidłowa w moim własnym położeniu wobec świata. Nagle chcę się z siebie wyrwać jakby ciągły bezruch tego ciała ranił mnie gdzieś od środka, otwieram drzwi na oścież i chcę iść gdziekolwiek, biec w kierunku pierwszym lepszym, stać się czymś nowym, kimkolwiek innym, być kimś bardziej, być kimś więcej.

A potem jakoś do mnie dociera, że nie mogę być wszystkimi naraz, że nikt nie może i nie da się prowadzić życia tak, żeby nie tracić. Zdrapuję z paznokci niebieski lakier i zatapiam się w źrenice patrzące na mnie z lustra. Gdzie ty leziesz, anty? Kim ty jesteś? Kim ty możesz być do cholery jeżeli nie sobą?

Jestem nudna i z tym nigdy nie tonę. To mnie zawsze trzyma na powierzchni i w jednym kawałku, to sprawia, że oddycham swobodnie, unosząc się na tafli swojego świata, że nie muszę ciągle myśleć, nie muszę snuć planów ani podstępów, żeby to działało dalej. Zawsze działa. Utrzymuję się o własnych siłach, które wychodzą ze mnie. Z moich szarości, słabości, lęków, zapomnień. I zawsze wystarczają.

Plastikowe atrapy wielkich i silnych pożera selekcja naturalna. Sztuczny blask pochłania prawdziwe światło, topisz się w promieniach cudzej specjalności, to zawsze gdzieś tam wychodzi, prędzej czy później, szczerość zawsze broni się sama i sama sobie wystarcza. Wypompowuje się twoje dmuchane królestwo, ja wiem, że to boli, tak patrzeć i nie móc nic, ja wiem, ja rozumiem, że trudno tracić siebie, bo naprawdę bez wielu rzeczy można się obejść, ale nie bez własnej osoby.  Widzę jak umiera w tobie to, czego nigdy nie było, choć przecież tak długo, tak długo pracowałaś, żeby to ze sobą grało. Żeby wyglądało doskonale. Tylko że my wiemy obie, że nic co sztuczne nie jest do końca trwałe.

Wierzę, że gdzieś tam zawsze mamy odpowiednią wersję siebie. I ona zawsze będzie działać.

***

Mam do tego posta dość mieszane uczucia, ale puszczam go. Niech poleży na blogu, najwyżej usunę. Myślę, że chodzi o jakiś smutny klimat między wierszami. Ale ja naprawdę starałam się, żeby to nie było tak, że ja narzekam. Enjoy.

Kwiaty

Ogród.

Mówi pani, że nie rozumie, mówi z kwaśnością w głosie, z goryczą w gestach, z nosem zaczepnie zmarszczonym, zupełnie brzydko, zupełnie nie do pary względem rysów twarzy. Złośliwe ogniki źrenic igrają ze mną w nadmiarze czasu, ja podlewam rośliny, pani pyta czemu tak, a nie inaczej. Zupełnie jakby chciała pani wiedzieć. A przecież nie chce, czyż nie? Stwierdza pani, że gówno prawda.

I że zupełnie nie rozumie, dlaczego ja tak z tą konewką tam i z powrotem, po co tak dźwigam, przecież jest wąż, to szybsze, to łatwiejsze, nie namęczę się oblewając zimną wodą sprażone w słońcu liście, mówiąc „wasze zdrowie”, a wiadomo kolana, wiadomo – kręgosłup i przede wszystkim czas. Przewraca pani oczami gdy staram się wyjaśnić, że ja niekoniecznie lubię tak wszystko teraz i natychmiast, że nawet mi na zdrowie wyjdzie, bo trochę słońca złapię i trochę świeżego powietrza, że ja nie znoszę otwartych przestrzeni, bo mi na nich nudno, a tak mam co robić. Inaczej bym się w domu zaszyła, zażerała niepotrzebne minuty twardymi karmelkami i tłuszczu by mi nad kolanami przybyło, a to jeszcze nikomu nigdy nie wyszło na zdrowie.

Pyta pani, gdzie ja mózg podziałam, odpowiadam, że nie podziałam nigdzie, jest w szufladzie cały i bezpieczny, nie używam, bo nie działa. Pani się puka w czoło i pyta czy mi czasu nie szkoda. No nie szkoda. Bo pani ma lat sześćdziesiąt parę, zanim ja się tylu dorobię to zdążę jeszcze te kwiatki podlać miliard razy.

Pyta pani o stertę włosów na głowie, dlaczego nie obetnę, dlaczego nie okiełznam, obcinałam całe życie, kiedyś trzeba zrobić na złość samemu sobie. Kłują panią w duszę ubrania, czy nie było jakiś innych? bardziej dziewczęcych może? bardziej eleganckich? no żeby jakoś wyglądać, tak do ludzi a nie do obory. Pytam kwiatów, czy im nie przeszkadza, że ja taka niewyjściowa z samego rana, krzywi się pani jakby coś nieświeżego zjadła, może i tak być, prawdopodobnie byłby to problem, prawdopodobnie poważniejszy niż moja konewka, ale ja tam w cudze priorytety z butami wchodzić nie lubię.

Odchodzę. Woła pani jeszcze, że zupełnie nie rozumie.
I dobrze.
Tak naprawdę nie ma takiej potrzeby.

(tekst o kant dupy potłuc, ale chora byłam [dwa dni] i na rozruszanie starych kości postanowiłam wrzucić coś mniej błyskotliwego.)