Krótki wpis o odczuwaniu.

Życzę wszystkim być czasem wyczerpanym. Bez okazji. I wbrew pozorom nie ze złośliwości. 

Zafascynowana jestem od jakiegoś czasu zupełnie. Oddałam się bez reszty nowym przyjemnościom, pochłania mnie tworzenie i przetwarzanie, chyba po raz pierwszy, oby nie ostatni. Nagle chciałabym wszystko, odkrywam w sobie nowe szczeble możliwości, schowane dotychczas gdzieś tam, może pod brakiem chęci, może pod obojętnością wobec rzeczy zbyt mało niesamowitych. Teraz czuję jak wyrastają mi skrzydła i jak wdziera mi się w skórę szereg pragnień, teraz drżą mi dłonie, teraz liczę sekundy, chciałabym powiedzieć, że jestem podekscytowana, ale to zbyt proste słowo, zbyt surowe, zbyt zniszczalne. Łatwiej i szczerzej mówić, mi że odlatuję. Na baloniku. I po raz pierwszy nie czuję lęku wysokości. Możemy nazwać to pasją.

Uchylam drzwi samochodu. Wychodzę na powietrze świeże. Chłodne. Porywiste. Wychodzę wprost na świat rozdmuchany wiatrem, pod uliczne światła, pod niebo koloru skóry mocno odmrożonej, no wiecie – ciemnoniebieskie, ja wiem, z natury całkiem nieromantyczna jestem. Otwiera się we mnie szereg późnojesiennych wspomnień, wieczorów zimnych, wieczorów w mieście, nagle czuję, że tracę oddech, bo mnie to wszystko przerasta, topię się od ciepła, które rozlewa mi się po ciele, te wszystkie emocje, wiecie, emocje spływające znikąd, upijam się nimi, chcę je wszystkie naraz. Miliony szczęśliwych sekund zapisanych w m pamięci stymulują każdą komórkę mojego ciała. Tak bardzo chcę spijać ten moment do szaleństwa.

Mówię, że nie widziałyśmy się kupę czasu, a przecież to nie prawda, bo kupa mimo wszystko jest stosunkowo mała, a rozciągłość czasowa, między naszymi słowami była nieskończona do teraz. Do teraz, kiedy chciałabym przytulić, ale wiem, że nie lubisz. Kiedy chciałabym krzyczeć, ale mi głupio, ale głos szorstko grzęźnie w gardle i nagle nie potrafię. I chciałabym nie widzieć cię na oczy, bo przecież, wcześniej, wcześniej to było prawie że normalne, dni przemykały szybko, a ja dużo zapominałam, teraz już nie mogę, teraz stoisz mi przed oczami zaledwie na moment i ta cała tęsknota, której nie potrafiłam czuć wtedy zalewa mnie jak wrzątek. Jestem taka szczęśliwa.

Momentami w tym wszystkim czuję się zmęczona zupełnie. Momentami chciałabym uciec gdzieś, gdzie życie przybiera mniej intensywną formę. Bo ja lubię, gdy świat jest uporządkowany, sama jestem w nim chaosem, ale wtedy jeszcze, widzicie, wtedy gdy czas zgrywa się z wydarzeniami, a wydarzenia pozostają przewidywalne, daję radę nad tym wszystkim panować. Dlatego nadmiar emocji mnie boli. Dlatego sprawia, że jestem skrajnie wyczerpana. Dlatego rozszarpuje mnie bardzo. Męczy. Drażni. Rozbija na kawałki. Dlatego czasami chciałabym to szczęście zgasić. Uciąć u samej podstawy i zadowolić się zaledwie jego cieniem.

Gdybym dostałabym taką możliwość, nie wykorzystałabym jej nigdy.

Reklamy

Piękno.

Ładne rzeczy.

Mieszkanie na Sienkiewicza. Urządzone zupełnie bez gustu. Jakby na szybko, jakby w przelocie między jednym etapem życia, a kolejnym, już planowanym w głowie, bo przecież wtedy świat był jeszcze elastyczny, jeszcze zmieniał się z dnia na dzień. Małe. Obskurne. Surowe. Typowo kamieniczne. Nikt zapytany o to, gdzie chciałby mieszkać nie odpowiada, że w typowej kamienicy. Stare, tandetne meble. Warstwy kurzu. Wieczny bałagan. Chropowata, różowa tapeta. Słabe oświetlenie. Okno z widokiem na nic. Kochałam to miejsce.

Buty Białe. Buty bez smaku i bez przyszłości. Przypominały bloki wyciosane ze styropianu, na szybko, bez wprawy, bez przekonania. Absolutnie ogromne, absolutnie ciężkie, niezdarne, niezgrabne, w zasadzie żadne. Z monstrualną podeszwą, to znaczy, że nie obcasem i nie koturnem – podeszwą. Buty góry. Dziwaczne. Kiczowate. Niewpasowane w nic. Chyba, że zakładała je odpowiednia osoba. Wówczas stawały się cudowne.

Zdjęcia rozmazane. Zdjęcia, na których wyszłam nie tak jak być może powinnam. Zdjęcia bezczelne. Zdjęcia zuchwałe. Zdjęcia z głupim wyrazem twarzy i z włosami potarganymi i z brakiem czasu na coś więcej, na coś bardziej. Zdjęcia robione w biegu. Zdjęcia, których nie da się stworzyć drugi raz. Zdjęcia z chwili, a nie z międzyczasu, zdjęcia do niczego nie podobne. Zdjęcia prawdziwe. Na takich wszystko wychodzi najlepiej.

Ładni ludzie.

Ona. Zupełnie niewysoka. Zupełnie nieszczupła, powiedziałabym nawet, że zdecydowanie okrągła. Kończyny krótkie, brody sztuk dwie, w porywach do trzech, włosy rozpierzchnięte we wszystkie strony świata. Ona. Najpiękniejsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek widziałam.

Ładne słowa.

„Anty, jesteś żałosna. Wzięłabyś się wreszcie do roboty, a nie jęczysz, że nie umiesz”
Długo bolało. Długo było smutno. Krzyczałam, szarpałam się, plułam ostrymi słowami.. Minęło kilka dobrych dni zanim odważyłam się podziękować.

Piękno. Piękno zdecydowanie zbyt często udaje brzydkie.

Błędy jak zwykle sprawdzę kiedyś lub wcale.

Zachowania bezpieczne w dobie kryzysu.

Czasem. Czasem dopada bylejakość. Dopada zmęczenie i rozczarowanie światem, dopadają chwile złości na zjawiska błahe i codzienne, dopada poczucie, że jest się smutnym po pierwsze i po drugie smutnym dodatkowo, gdy się nie wie dlaczego. I wtedy to by się komuś najchętniej rozłupało czaszkę, ja wiem, wy też tak macie, nikt tu nie jest aż tak święty. 

Krzyczenie jest fajne. Szarpanie się jest fajne. Szpikowanie czyjejś skóry własnymi boleściami pomaga. Pomaga też katowanie strun głosowych i przelewanie emocji ostrych na komórki żywe i bycie podłym, to się sprawdza, to się naprawdę sprawdza. Ziejesz sobie płomieniami i jest ci ciepło. Tylko, że potem ogień opada i okazuje się, że spaliłeś wszystko. I nic nie ma. Na szczęście są też metody alternatywne.

Można wypełnić swoje dni przyjemną powtarzalnością. Wiecie, tak się mówi, że zmiany i że odkrywanie, ale czasem, czasem zamiast wyrywać się do wszelkiej świeżości, do nowych smaków, do zapachów, do odczuć i emocji, można stanąć w miejscu i nie rozwijać się wcale. Wrócić do wszystkiego co znane dobrze i co kochane, wrócić do wszystkiego, co się zna na pamięć, co nie wymaga myślenia, co nie sprawia, że napinają się mięśnie, bo chcą i nie chcą wiedzieć co dalej. Można powtarzać kwestie razem z aktorami, można czytać książki co drugie zdanie, przechodzić gry z zamkniętymi oczami, śmiać się i płakać i obawiać tego samego ciągle i ciągle i ciągle, to zawsze jest w porządku.

Można jeść dużo i być później grubym. Można wyjeść z szafy wszystkie czekoladki na czarną godzinę, ja wiem, jestem niedobra, ja wiem, wodzę po złych drogach, ale ktoś tu w internecie musi być diabłem.

Bajkę można obejrzeć, ja tam bardzo lubię, uważam, że film animowany jest jednym z niewielu gatunków uniwersalnych. Jest często cudowną pożywką dla rozumu i dla serca i dla duszy, jest wspaniałym wyważeniem między czymś lekkim, a czymś na poważnie, jest często piękną treścią w pięknej formie. I przeważnie nie jest się na nie ani za młodym ani za starym. Moim wielkim odkryciem roku bieżącego jest W głowie się nie mieści i jeszcze o tym będzie, jeszcze się zbieram, od miesięcy paru, ale zawsze. Jest to typ filmu słodkiego i delikatnego, miłego dla oka, dla serca, miękkiego i puszystego w odbiorze, o przesłaniu niezwykle pięknym, niecodziennym, głębokim – głębokim tak naprawdę, dziś mało co jest w stanie zaoferować nam w tej kwestii coś więcej niż złudzenie optyczne, tak sądzę. Zupełnie poważnie analizowałam go przez dobry miesiąc, polecam każdemu ze względu na morał. Frankenweenie  jest z kolei dziwne, przerażające i kiczowate i czarno-białe i najjedyńsze w swoim rodzaju, absolutnie wyjątkowe. Typowo zabawny, typowo ciepły i typowo bezwysiłkowy jest choćby Megamocny.

Można gadać do siebie. Do lustra. Do ściany. Do odkurzacza. Byle tylko szczerze.

Patrzeć w sufit można. Skupiać wzrok na nierównościach tynku, to nigdy nie jest zbyt wyczerpujące zajęcie, to nie wymaga talentu ani wprawy, po prostu leżysz, po prostu pozwalasz dopasować się mięśniom do powierzchni tapczanu i patrzysz jak świat przed tobą zlewa się w białą, jednolitą masę. Można zamknąć oczy i spać, można nie myśleć nic, nie czuć nic, nie pragnąć niczego, można wręcz przeciwnie, uruchomić wszystkie szare komórki i pozwolić im krążyć w okół siebie bez ładu, składu i granic wyczucia. Można zastygnąć w kamień, to się zawsze sprawdza.

Można się wyłączyć. Warto się wyłączyć. Jutro też możesz być bohaterem. Dziś bądź po prostu przy tym wszystkim porządnym człowiekiem.